DARMOWE EBOOKI DLA CIEBIE
POBIERAJ ZA FREE
zapisz się na newsletter i czytaj za freeTags
blade światło
Mgła – opowiadanie
Dzwonek zerwał mnie ze snu o świcie. Długi, ostry, jakby rozpaczliwy. Spojrzałam na szarzejący prostokąt okna nad głową: nie było już całkiem ciemno, ale do wschodu słońca jeszcze daleko. Dzwonienie nie ustawało. Nikt nie wydzwania o tej porze bez istotnego powodu. Dlatego zdecydowałam się wstać, nałożyć szlafrok i kurtkę, wyjść na zewnątrz, do furtki…
Kupiłam ten dom niedawno. Leżał na końcu niewielkiej wioski, w dolince, na skraju lasu. Uciekłam tu przed światem, przed nękającymi mnie demonami nieudanego życia, przed samą sobą. Myślałam mgliście – zacznę wszystko od nowa. Nie miałam pojęcia jak, ale to miejsce wydawało mi się do tego stworzone. Taka cisza, taki spokój. Niemal dziewicza przyroda, blisko, na wyciągnięcie ręki… Lasy i wzgórza, oddzielające miejscowość od cywilizacji, od pogoni za złudzeniami, ta wioska, jak z innego świata, nawet ludzie inni niż wszędzie: zamknięci w sobie, spokojni, z dystansem. Tak jakby oni wszyscy – podobnie, jak ja – znaleźli tu swój azyl, swoją samotnię.
Gdy z trudem odryglowałam skrzypiące drzwi, powiało chłodem. Jesień. Wilgotne powietrze wdarło się w moje płuca, przylgnęło do ciepłej od snu twarzy. Wzdrygnęłam się.
Przy furtce stała jakaś postać, oparta o sztachety, wczepiona w nie palcami. Podeszłam bliżej. Kobieta. Sprawiała wrażenie zamroczonej, może pijanej…
– Słucham – odezwałam się niechętnie. – Pani do mnie?
Nie odpowiedziała, przyglądała mi się dłuższą chwilę, jakby w niemym zdumieniu. Była upiornie blada, tyle tylko zdołałam zauważyć w zamglonej szarówce.
– Pani do mnie? – powtórzyłam, zniecierpliwiona.
– Ja… – odezwała się wreszcie schrypniętym głosem. – Ja tu mieszkam…
– Myli się pani! – odparłam, teraz już naprawdę z irytacją. Byłam śpiąca i marzłam. – To ja tutaj mieszkam. To jest mój dom, proszę pani.
Byłam pewna, że – pijana albo naćpana – pomyliła posesje. Jakaś degeneratka. W tym momencie dostrzegłam jednak w jaśniejącym powoli powietrzu – a może moje oczy przywykły po prostu do szarości – coś jakby zadrapania i krew na jej twarzy i czole. Przestraszyłam się.
– Czy można pani w czymś pomóc? – wykrztusiłam.
– Ja tu mieszkam… – powtórzyła z uporem.
– Nie, nie mieszka tu pani – zaczęłam przekonywać ją gorączkowo, jakbym bała się uwierzyć w jej słowa. – Ale może mogłabym gdzieś zadzwonić? Kim pani jest? Jak się pani nazywa?
Cisza. Dzwoniąca w uszach, pełna napięcia cisza. Kobieta uniosła głowę, spojrzała mi prosto w twarz. Nasze oczy spotkały się i znieruchomiały… Patrzyła na mnie pusto, bez emocji, lecz swoim wzrokiem przykuwała moje spojrzenie. Nie mogłam oderwać od niej oczu. Aż w końcu poczułam zawrót głowy. Dzwonienie w uszach nasiliło się, mgła zgęstniała. Świat skurczył się, ograniczył tylko do źrenic tej kobiety.
Dalej już nic nie pamiętam. Musiałam stracić przytomność.
Ocknęłam się w lesie. Byłam sama. Nadal było ciemno, nawet jeszcze ciemniej, może dlatego, że wokół, jak okiem sięgnąć, rosły drzewa, tysiące drzew. Z trudem rozróżniałam ich kształty. Poprzez nagie gałęzie przeświecało tylko blade światło księżyca. Dlatego pomyślałam sobie w pierwszej chwili, że upłynęło niewiele czasu. Byłam w szoku; dopiero po dłuższej chwili zaczęłam zastanawiać się, co się właściwie wydarzyło.
Z trudem podniosłam się. Moje nogi drżały, w całym ciele czułam ból. Tępy, pulsujący ból. Uniosłam ręce do twarzy, poczułam wilgoć – inną niż ta wisząca w powietrzu; złowrogą, gęstą. Krzyknęłam, gdy z bliska przyjrzałam się swoim dłoniom: były lepkie od krwi… Jestem ranna, pomyślałam. Ktoś mi coś zrobił. Przypomniałam sobie kobietę u mojej furtki. Ona musiała to zrobić! Ale jak… i dlaczego?!…
Nie wiedziałam, gdzie jestem. Wciąż czułam ból i mdłości. Resztką sił powlokłam się jednak przed siebie. Zaczynało świtać. Rozpaczliwie kluczyłam między drzewami i gęstymi, ostrymi krzakami, kierując się wyłącznie instynktem. Iść tam, gdzie jaśniej… tam drzewa się przerzedzają. Ku krańcom lasu. Wielokrotnie upadałam, prosto w igliwie, martwe liście i mech. Podrapałam sobie twarz i ręce. Potłukłam i tak już obolałe mięśnie. Byłam cała mokra. Łzy pomieszane z krwią płynęły mi po twarzy. Wołałam pomocy, mój głos wsiąkał jednak w ciszę i mgłę, jakby tłumiony wilgotną gazą. Nikt mnie nie słyszał. Mimo to brnęłam dalej, z wysiłkiem, przed siebie…
Kilkakrotnie znów zapadałam w ciemność i pustkę, z twarzą w zbutwiałych liściach, po czym budziłam się z zimna i bólu. W swoich majakach wciąż widziałam niewyraźną postać tamtej tajemniczej kobiety. Księżyc bladł. Szarzało.
Cud nastąpił, gdy już traciłam nadzieję. Chciałam poddać się, zasnąć. Lecz nagle ujrzałam, że las się przerzedza. Ostatkiem sił dobrnęłam do jego skraju.
Znalazłam się na drodze. Znajomej drodze. Drodze do domu. Wzdłuż niej, z okolicznych łąk podnosiła się mgła.
Zataczając się jak pijana szłam szybko, coraz szybciej, potykając się – byle prędzej! Byle znaleźć schronienie w bezpiecznych czterech ścianach. Zabarykadować się, schować, owinąć w ten dom jak w kokon. Przemknęło mi przez myśl, że prawdopodobnie zastanę dom okradziony, splądrowany, ogołocony ze swoich rzeczy. Ale nie przejmowałam się tym, nie teraz. A może tak nawet byłoby lepiej? Pożegnać się z przeszłością. Zapomnieć, zerwać ze wszystkim, co było, stać się zupełnie kimś innym…
Minęłam znajomy modrzew, potem jeszcze dwa młode świerczki. Zaraz za nimi ujrzałam początek swojego ogrodzenia, sczerniały ze starości drewniany płot… Furtka…
Dom wyglądał spokojnie, jak zawsze. Cichy, uśpiony. Nacisnęłam klamkę furtki – nie ustąpiła. Potrząsnęłam nią. Łzy napłynęły mi do oczu. Ogrodzenie było wysokie, furtka zamknięta na głucho. Dom pochylał się nade mną niewzruszony, obojętny.
Zabrakło mi sił. Ledwo stałam na nogach. Oparłam się całym ciałem o płot, czoło przycisnęłam do sztachet. Z rozpaczy i bezsilnej złości z całej siły nacisnęłam dzwonek.
Z głębi domu dobiegł mnie jego głuchy dźwięk. Nie przestawałam dzwonić, nie wiem, dlaczego – chyba tylko po to, żeby słyszeć ten odgłos, znajomy, swojski odgłos dzwonka, dźwięk domu.
Ale nagle usłyszałam szczęk zamka i skrzypienie otwieranych drzwi. Nawet się nie przestraszyłam. Było mi już wszystko jedno. Krew ciepłą strużką spływała mi po policzku, przestałam czuć własne ciało. Do furtki zmierzała kobieta. Nie widziałam jej dobrze w tej mglistej szarości, w dodatku ta krew zalewała mi oczy.
– Słucham – odezwała się, przyglądając mi się niechętnie. – Pani do mnie?
Nie mogłam wykrztusić słowa. Pomyślałam sobie, że to tylko sen, koszmarny sen.
– Pani do mnie? – powtórzyła.
Usłyszałam zniecierpliwienie w jej tonie.
– Ja… – udało mi się wykrztusić to z siebie, choć przeraziłam się słysząc własny, schrypnięty głos. – Ja tu mieszkam…
Zapamiętałam jeszcze, że kobieta pytała mnie o coś – nie wiem, o co – podczas gdy pogrążałam się coraz głębiej we mgle. Jej głos dochodził do mnie niczym z tunelu. Poprzez mgłę widziałam twarz kobiety, jej oczy wpatrywały się w moje oczy…
Rozpoznałam ją. To byłam ja.
To była moja twarz…
W chwilę po tym, gdy świat skurczył się do wpatrzonych we mnie źrenic, ponownie ogarnęła mnie ciemność.
Obudziłam się leżąc na zimnym bruku, zaraz przy furtce, po wewnętrznej stronie podwórka. Było już zupełnie jasno, przez postrzępione chmury przeświecało zimne, jesienne słońce. Furtka była zamknięta, dom otwarty i cichy. Wszystko znajdowało się na swoim miejscu. Jak w transie błąkałam się po swoim domu, dotykałam sprzętów, witających mnie znajomą chropowatością lub gładkim połyskiem fraktur. Przesunęłam dłonią po miękkiej wełnie kanapowej narzuty, zostawiając na niej brunatne ślady błota i… czegoś jeszcze, lepkiego, czerwonego. Spojrzałam w lustro. Po mojej twarzy, z rany na czole spływała krew, krzepnąc powoli na policzku.
Ale to na pewno od upadku…
autor : Anna Klejzerowicz