DARMOWE EBOOKI DLA CIEBIE
POBIERAJ ZA FREE
zapisz się na newsletter i czytaj za freeTags
Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji
Dlaczego szwedzki wymiar sprawiedliwości jest pobłażliwy dla zbrodniarza wojennego, ale nie zna litości dla jego ofiary? Jak wytłumaczyć, że polski hydraulik na plakatach związków zawodowych wygląda jak prostytutka? Jak to się stało, że po czterech latach japońskiej niewoli szwedzcy marynarze z okrętu M/S Ningpo zamiast otrzymać ordery, trafili do aresztu za niepłacenie podatków? Czy to nie dziwne, że policjanci z miasteczka Borlänge już jesienią wiedzieli, że zaniemogą w zimie? I dlaczego tak często chorują, mieszkając w najczystszym kraju Europy?
Widmo krąży po Europie – widmo polskiego hydraulika. Polak z kluczem do rur, le plombier polonais, pojawił się we francuskiej debacie wiosną 2005 roku i zmienił bieg historii. Upiór ze Wschodu, który miał odebrać zarobek panu Dupontowi, przeraził Francuzów do tego stopnia, że powiedzieli „nie” tej samej Europie bez granic, którą sami wcześniej wymyślili. Wielu Polaków najpierw zafrapowało, że ich wędrujący rzemieślnik storpedował projekt konstytucji europejskiej. Potem poczuli się docenieni. Jeśli stu pięćdziesięciu polskich hydraulików (więcej ich nie było) mogło spowodować panikę w kraju, w którym brakuje około sześciu tysięcy plombiers, to w polskiej sztuce hydraulicznej musi być coś szczególnego. Wkrótce Polska Organizacja Turystyczna przygotowała stronę internetową, na której przystojny hydraulik (beztrosko, a jednak jakże obiecująco, z kolankiem w garści) uspokaja Francuzów, że nie przyjedzie, za to oni są mile widziani w Polsce, i to jak najliczniej. I roześmiała się cała Europa. Najweselej śmiali się Brytyjczycy, którzy zawsze próbowali zranić francuską pychę, ale nigdy im się to nie udawało. Żyjemy w osobliwych czasach. Półtora wieku od Manifestu Komunistycznego („Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu”) robotnik znowu budzi trwogę. Tym razem nie wymachuje sztandarem, nie próbuje obalić ustroju, nie wygląda nawet na mściciela krzywd. Chce tylko pracować. Zaprawdę nie żąda zbyt wiele. I właśnie to przeraża. Że tak mało żąda. Dwieście lat temu, na przykład, spierano się w Europie o granice. Zawsze znalazł się ktoś, kto chciał je przenosić. Teraz – i przez wiele jeszcze lat – będziemy się spierać o ludzi, którzy przenoszą się sami, ciągnąc za sobą granice niewidzialne. Ingerencja polskiego hydraulika w historię Francji to tylko początek dłuższego dramatu. On namiesza jeszcze w wielu krajach. Spójrzcie tylko, już przekształcił Danię w twierdzę, sprowokował szwedzkich związkowców, żeby krzyczeli do Łotyszy: „Go home!”. Ten wędrujący rzemieślnik ma przedziwne zdolności. Między innymi korumpuje praworządnych zazwyczaj obywateli. Kiedy wspominam szwedzkiej koleżance, że mam na tapecie polskiego hydraulika, ta aż dostaje wypieków: – Co! Znasz jakiegoś? Jest wolny? Cudzoziemiec z uniwersalnym kluczem do rur śni się jej po nocach. Nie odważę się przytoczyć epitetów, jakimi określa rodzimych speców. Najwyraźniej zwykli zostawiać ją z cieknącymi rurami, zapaćkanymi ścianami i słonym rachunkiem. Najbardziej oburza ją wspomnienie ich drogich samochodów. Tak więc cała jej nadzieja w hydrauliku w małym samochodzie na zagranicznej rejestracji. Hydraulik Markus z Karlstadu w Szwecji skręca rury w dzielnicy Lysaker Brygge nad iordem Oslo. Markus nie ma jeszcze dwudziestu lat i jest niecierpliwy. Chce mieć bmW, a w Norwegii zarabia prawie dwa razy więcej niż u siebie. Dziesiątki tysięcy szwedzkich gastarbeiterów jeździ do Norwegii w pogoni za lepszymi warunkami pracy. Znajdziesz ich na budowach, w portach, przy robotach drogowych. Norweski kapitał nie narzeka. – Norwedzy obijają się – można usłyszeć. Szwedzi są bardziej elastyczni, mają wyższe morale i harują od świtu do nocy. – Jesteśmy tu po to, żeby pracować, a nie w jakimś, kurczę, kurorcie – mówi Markus. Teraz Mikołaj jest brygadzistą – buduje w Warszawie elegancki wieżowiec i zarabia tysiąc pięćset złotych na miesiąc, czyli dwa razy więcej niż pracownik naukowy w Kijowie, ale dziesięć procent mniej od Polaka z sąsiedniego rusztowania. – Czasem myślę, że to niesprawiedliwe, ale co poradzić? Zresztą, to się jeszcze wyrówna. Pytam, gdzie mam go szukać za pięć lat. W Szwecji? Nie, raczej w Londynie. – Chcę się uczyć języków. Wtedy chyba będę miał własną irmę. Znajdują się i tacy, co przeskakują kilka szczebli. Jak Janis Runcis (nazwisko zmienione) z Ventspils w zachodniej Łotwie. Odbiera mnie z przystanku autobusowego swoim olbrzymim dodge’em interped 2000. Staram się pokazać, że jestem pod wrażeniem, ale niepotrzebnie. – Posłuchaj, jaka tandeta – Janis stuka w tablicę rozdzielczą. Okazuje się, że to plastik. – Łotysze mają świra na punkcie Jankesów. Taką gablotę można zaparkować na środku skrzyżowania i nikt się nie przyczepi. Limuzynę sprowadził z uSA („można je tam kupić za grosze”), żeby sprzedać ją jakiemuś rodakowi bez gustu. Sam chciałby mieć volvo S70, bo wygląda na małe, choć jest duże. Ceni sobie szwedzką dyskrecję. Jego nowy dom budzi zgorszenie w Ventspils. – Wygląda jak barak – mówią ludzie. – Powinna być cegła, czemu budujesz z drewna? Janis jeździ do Szwecji od dziesięciu lat. Najpierw pilnował dzieci, później skrobał łodzie, budował pomosty i domki letnie. Teraz głównie remontuje wille. Dlaczego w Szwecji nie ma rzemieślników? Czy wszyscy postanowili zostać gwiazdami w telewizji? – Ludzie dzwonią cały czas – mówi Runcis. – Janis – tłumaczę – to przecież nielegalne. – Wiem, ale co mam zrobić? Nie chcę żyć jak moi rodzice.
Maciej Zaremba Bielawski