DARMOWE EBOOKI DLA CIEBIE
POBIERAJ ZA FREE
zapisz si臋 na newsletter i czytaj za freeTags
Zabi膰 Jane . . .
Jane Killian zostaje potr膮cona przez motor贸wk臋, cudem unika 艣mierci. Po serii operacji plastycznych, w ko艅cu mo偶e zapomnie膰 o tym strasznym wydarzeniu. Wreszcie mo偶e cieszy膰 si臋 pe艂ni膮 偶ycia. Jest spe艂nion膮 artystk膮, kt贸rej rze藕by coraz cz臋艣ciej doceniane s膮 przez krytyk贸w sztuki. Z m臋偶em, doktorem Ianem Westbrookiem, oczekuj膮 z niecierpliwo艣ci膮 narodzin pierwszego dziecka. Czego chcie膰 wi臋cej ? Szcz臋艣cie pryska, gdy Ian staje si臋 g艂贸wnym podejrzanym w sprawie o brutalne morderstwo. Jane najpierw wierzy w niewinno艣膰 m臋偶a, lecz w miar臋 jak toczy si臋 艣ledztwo, narastaj膮 w niej w膮tpliwo艣ci. Co wi臋cej, niespodziewanie powraca te偶 koszmar z przesz艂o艣ci. Jane dostaje anonimowe listy i zaczyna wierzy膰, 偶e pochodz膮 od cz艂owieka, kt贸ry z premedytacj膮 przed laty spowodowa艂 wypadek na jeziorze. Musi stawi膰 czo艂o przera偶aj膮cej prawdzie. Jej dr臋czyciel wie o niej wszystko, a co gorsza 鈥 zna jej najg艂臋biej skrywane l臋ki. I z pewno艣ci膮 bezlito艣nie wykorzysta je, by zabi膰 Jane.
przeczytaj obszerny fragment:
Serce pi臋tnastoletniej Jane Killian wali艂o z wysi艂ku, gdy unosi艂a si臋 na wodzie. Promienie s艂o艅ca, kt贸re odbija艂y si臋 od g艂adkiej powierzchni, ca艂kowicie j膮 o艣lepia艂y. Kiedy na moment na lazurowym niebie pojawi艂a si臋 niewielka chmurka, Jane zmru偶y艂a oczy. Spojrza艂a w stron臋 brzegu i z triumfem pomacha艂a r臋k膮. Jej o dwa lata starsza przyrodnia siostra, Stacy, podpu艣ci艂a j膮, 偶eby pop艂ywa艂a w lodowatej wodzie, a zarozumiali kumple, kt贸rzy te偶 wybrali si臋 na wagary, do艂o偶yli swoje, kr臋c膮c z pow膮tpiewaniem g艂owami i dra偶- ni膮c si臋 z Jane. Wi臋c podj臋艂a wyzwanie, a nawet wyp艂yn臋艂a za przysta艅, za kawa艂ek wcinaj膮cego si臋 w wod臋 l膮du, kt贸ry odgradza艂 cz臋艣膰 p艂ywack膮 jeziora od akwenu przeznaczonego dla 艂odzi. Stacy nie tylko by艂a starsza, lecz r贸wnie偶 mocniej zbudowana, silniejsza i szybsza. Jane nale偶a艂a raczej do gatunku moli ksi膮偶kowych i marzycieli 鈥 co siostra tak lubi艂a wy艣miewa膰. No i popatrz, pomy艣la艂a Jane. Kto jest s艂abszy? Kto si臋 przestraszy艂? Kiedy us艂ysza艂a ha艂as silnika, odwr贸ci艂a g艂ow臋. Na pustym jeziorze pojawi艂a si臋 du偶a, elegancka motor贸wka. P艂yn臋艂a w jej stron臋. Jane unios艂a raz jeszcze rami臋, 偶eby zasygnalizowa膰 swoj膮 obecno艣膰. 艁贸d藕 skr臋ci艂a, przez chwil臋 jakby si臋 waha艂a, a potem zawr贸ci艂a w jej kierunku. Jane poczu艂a, jak serce skoczy艂o jej do gard艂a. Zamacha艂a gwa艂townie. Motor贸wka nie zatrzyma艂a si臋, nie skr臋ci艂a. Jakby kto艣 specjalnie chcia艂 na ni膮 najecha膰. Przera偶ona spojrza艂a na brzeg i dostrzeg艂a, 偶e Stacy i jej przyjaciele podskakuj膮, wymachuj膮c r臋kami. Pewnie te偶 krzyczeli. Motor贸wka by艂a coraz bli偶ej. Jane zrozumia艂a, 偶e kto艣 chce j膮 zabi膰. Wyda艂a z siebie pe艂en przera偶enia wrzask, kt贸ry zag艂uszy艂 ha艂as silnika. Przed oczami mia艂a kad艂ub 艂odzi. Po chwili nie widzia艂a ju偶 nic innego. Przera偶enie nagle ust膮pi艂o. Poczu艂a 艣rub臋 silnika na ciele i pogr膮偶y艂a si臋 we wszechogarniaj膮cym b贸lu. Niedziela, 19 pa藕dziernika 2003 r. Dallas, Teksas Jane obudzi艂a si臋 gwa艂townie. 艢wiat艂o monitora mruga艂o w ciemnym pokoju. Zamkn臋艂a na chwil臋 oczy, a potem otworzy艂a je i unios艂a g艂ow臋, kt贸ra wyda艂a jej si臋 zbyt ci臋偶ka. Nagle zda艂a sobie spraw臋 z tego, 偶e zasn臋艂a w pracowni wideo, gdzie przygotowywa艂a jeden ze swoich wywiad贸w na maj膮c膮 si臋 wkr贸tce odby膰 wystaw臋 ,,Cz臋艣ci lalek鈥欌. 鈥 Jane? Nic ci nie jest? Obr贸ci艂a si臋. Ian, za kt贸rego wysz艂a przed nieca艂ym rokiem, sta艂 w drzwiach pracowni. Spojrza艂a na niego, czuj膮c jednocze艣nie mi艂o艣膰, zdziwienie, wr臋cz niedowierzanie. Wci膮偶 nie mog艂a zrozumie膰, jak to si臋 sta艂o, 偶e doktor Ian Westbrook 鈥 elegancki, czaruj膮cy, z urod膮 Jamesa Bonda 鈥 pokocha艂 w艂a艣nie j膮. Jane zmarszczy艂a brwi, widz膮c jego min臋. 鈥 Krzycza艂am, prawda? Ian skin膮艂 g艂ow膮. 鈥 Bardzo si臋 o ciebie martwi臋. Ona te偶 si臋 martwi艂a. W ci膮gu ostatnich paru tygodni trzy razy budzi艂a si臋 z krzykiem. Nie z powodu koszmar贸w. To nie by艂y sny, ale zupe艂nie realne wspomnienie. Wspomnienie dnia, kt贸ry zmieni艂 ca艂e jej 偶ycie. Dnia, kiedy to z 艂adnej, towarzyskiej i szcz臋艣liwej nastolatki zmieni艂a si臋 w co艣 w rodzaju wsp贸艂czesnego, 偶e艅skiego odpowiednika Quasimoda. 鈥 Opowiesz mi o tym? 鈥 To samo co zawsze. Motor贸wka w szale艅czym p臋dzie naje偶d偶a na dziewczyn臋. 艢ruba niszczy jej po艂ow臋 twarzy wraz z okiem i prawie odcina g艂ow臋, jednak dziewczynie udaje si臋 prze偶y膰. Kapitan 艂odzi pozostaje nieuchwytny, a policja uznaje ca艂e zdarzenie za wypadek. Koniec bajki. Tyle 偶e w jej snach kapitan motor贸wki zatacza p臋tl臋, 偶eby przejecha膰 j膮 raz jeszcze. A wtedy ona budzi si臋 z krzykiem. 鈥 Zapomnia艂a艣 o happy endzie 鈥 doda艂 Ian. 鈥 Dziewczynie nie tylko udaje si臋 prze偶y膰, ale odnosi wspania艂y sukces. Po latach bolesnych operacji plastycznych, po tym, jak musia艂a znosi膰 zdziwione spojrzenia obcych ludzi, ich szepty… Ich lito艣膰. Ich pe艂ne przera偶enia miny, kiedy widzieli jej twarz. 鈥 A potem poznaje wspania艂ego lekarza 鈥 podj臋艂a Jane. 鈥 Zakochuj膮 si臋 w sobie i 偶yj膮 d艂ugo i szcz臋艣liwie. To brzmi jak scenariusz jakiego艣 kiepskiego wyciskacza 艂ez, prawda? Co艣 dla kana艂u Romantica. Podszed艂 do niej, pom贸g艂 wsta膰 i wzi膮艂 j膮 w ramiona. Poczu艂a zimne, nocne powietrze. Kiedy potar艂a policzkiem o sweter Iana, zrozumia艂a, 偶e by艂 na dworze. 鈥 Przy mnie nie musisz udawa膰, Jane. Jestem twoim m臋偶em. 鈥 Ale w艂a艣nie to umiem robi膰 najlepiej. 鈥 Nie, nieprawda. 鈥 U艣miechn膮艂 si臋. Jane te偶 u艣miechn臋艂a si臋 do niego. Po raz kolejny u艣wiadomi艂a sobie, 偶e kocha go coraz bardziej. 鈥 Czy偶by chodzi艂o ci o sekret panien na wydaniu z Dallas? O to, o czym nawet si臋 nie my艣li w przyzwoitym towarzystwie? 鈥 W艂a艣nie o to mi chodzi 鈥 odpar艂. 鈥 Ciesz臋 si臋, bo to m贸j ulubiony temat. 鈥 U艣miechn臋艂a si臋 jeszcze szerzej. Ian spowa偶nia艂 i popatrzy艂 jej w oczy. 鈥 Nigdy nie by艂a艣 typow膮 pann膮 na wydaniu. 鈥 A kim? Narzeczon膮 Frankensteina? Zmarszczy艂 brwi. 鈥 Znowu o tym m贸wisz? 鈥 Przepraszam, ale trudno mi si臋 od tego wyzwoli膰. Uj膮艂 jej twarz w d艂onie. 鈥 Gdybym chcia艂 o偶eni膰 si臋 z lalk膮 Barbie, pewnie bym sobie jak膮艣 znalaz艂. Ale zakocha艂em si臋 w tobie. 鈥 Jane milcza艂a, kiedy dotkn膮艂 jej policzka. 鈥 Zwyci臋偶y艂a艣. Jeste艣 znacznie silniejsza, ni偶 przypuszczasz. Jego wiara sprawi艂a, 偶e poczu艂a si臋 jak oszustka. Jak mog艂a pokona膰 przesz艂o艣膰, kiedy wci膮偶 dr臋czy艂y j膮 koszmarne wspomnienia tego, co si臋 sta艂o? Przycisn臋艂a twarz do jego piersi. To by艂a jej opoka, jej serce. I mi艂o艣膰, kt贸rej wcze艣niej ba艂a si臋 szuka膰. 鈥 To pewnie z powodu dziecka 鈥 szepn膮艂 po chwili. 鈥 To dlatego wszystko do ciebie wraca. Te koszmary… W艂a艣nie wczoraj lekarz potwierdzi艂 to, czego domy艣la艂a si臋 ju偶 od paru tygodni. By艂a w drugim miesi膮cu ci膮偶y. 鈥 Ale czuj臋 si臋 艣wietnie 鈥 zaprotestowa艂a. 鈥 Nie mam ani porannych md艂o艣ci, ani nie czuj臋 si臋 zm臋czona. No i przecie偶 chcieli艣my mie膰 dziecko. 鈥 Oczywi艣cie, ale pocz膮tek ci膮偶y to trudny okres. Twoje hormony wariuj膮. Na przyk艂ad poziom HCG we krwi podwaja si臋 co par臋 dni, a to potrwa jeszcze z miesi膮c. Poza tym, mimo ca艂ej rado艣ci, kt贸ra si臋 z tym wi膮偶e, dziecko oznacza powa偶ne zmiany. Ian m贸wi艂 rozs膮dnie i Jane znajdowa艂a w tym jak膮艣 pociech臋. Wci膮偶 jednak nie by艂a przekonana, 偶e to w艂a艣nie ci膮偶a wywo艂uje w niej ten niepok贸j, chocia偶 sama nie wiedzia艂a dlaczego. Jakby domy艣li艂 si臋, co chodzi jej po g艂owie, bo pochyli艂 si臋 w jej stron臋 i powiedzia艂: 鈥 Zaufaj mi. Jestem lekarzem. U艣miechn臋艂a si臋 lekko. 鈥 Ale chirurgiem plastycznym, a nie ginekologiem czy psychiatr膮. 鈥 Nie potrzeba ci psychiatry, kochanie. Ale je艣li mi nie wierzysz, mo偶esz zadzwoni膰 do Dave鈥檃 Nasha. Zobaczysz, 偶e potwierdzi to, co powiedzia艂em. Doktor Dave Nash pracowa艂 w szpitalu jako psycholog, a przy okazji doradza艂 policji z Dallas. By艂 te偶 najbli偶szym kumplem Jane. Przyja藕nili si臋 od szko艂y 艣redniej. Dave wytrwa艂 przy niej, kiedy inni uznali j膮 za tr臋dowat膮. Zabiera艂 j膮 na pota艅c贸wki, a nawet na bal z okazji zako艅czenia szko艂y, kiedy inni ch艂opcy woleli trzyma膰 si臋 od niej z daleka. Doradza艂 jej we wszystkim, opowiada艂 dowcipy i pomaga艂, kiedy to by艂o konieczne. Po sko艅czeniu szko艂y pr贸bowali nawet ze sob膮 chodzi膰, ale oboje czuli, 偶e przyja藕艅 zdecydowanie bardziej im odpowiada. Znacznie trudniej by艂oby jej prze偶y膰 te wszystkie lata po wypadku bez Dave鈥檃. Mo偶e naprawd臋 powinna do niego zadzwoni膰. Jane przytuli艂a si臋 policzkiem do piersi m臋偶a. 鈥 Kt贸ra godzina? 鈥 Troch臋 po dziesi膮tej. Jako przysz艂a matka powinna艣 ju偶 by膰 w 艂贸偶ku. A偶 si臋 zarumieni艂a, s艂ysz膮c te s艂owa. Zawsze chcia艂a zosta膰 matk膮, chocia偶 wydawa艂o jej si臋, 偶e to nigdy nie nast膮pi. Teraz te偶 jeszcze nie do ko艅ca to do niej dotar艂o i ka偶de przypomnienie sprawia艂o jej przyjemno艣膰. Czy to mo偶liwe, 偶e spad艂o na ni膮 tyle szcz臋艣cia? 鈥 Mo偶e zaparz臋 ci rumianek 鈥 zaproponowa艂. 鈥 To ci pomo偶e zasn膮膰. Jane skin臋艂a g艂ow膮 i cho膰 niech臋tnie, ale wysun臋艂a si臋 z jego ramion. Si臋gn臋艂a, by wyj膮膰 kaset臋 z wywiadem i wy艂膮czy膰 sprz臋t. 鈥 Jak ci idzie praca nad tym filmem? 鈥 spyta艂 Ian, gasz膮c 艣wiat艂o w pracowni wideo. Przeszli do g艂贸wnej cz臋艣ci atelier. 鈥 Dobrze, chocia偶 wystawa coraz bli偶ej. 鈥 Cieszysz si臋? 鈥 Co艣 ty! Jestem przera偶ona. 鈥 Nie musisz si臋 ba膰. 鈥 Wyprowadzi艂 j膮 z przestronnego pokoju i znowu zgasi艂 艣wiat艂o. Weszli kr臋conymi schodami do cz臋艣ci mieszkalnej budynku. 鈥 Wszyscy ci臋 b臋d膮 podziwia膰. I s艂usznie. 鈥 Ciekawe, na czym opierasz swoje przypuszczenia. 鈥 Po prostu znam t臋 artystk臋. Jest genialna. Jane za艣mia艂a si臋. M膮偶 posadzi艂 j膮 na wielkiej kanapie, pochyli艂 si臋 i lekko poca艂owa艂 w usta. 鈥 Zaraz wracam. 鈥 Wypu艣膰 Rangera z klatki 鈥 zawo艂a艂a za nim. Chodzi艂o jej o ich trzyletniego skundlonego retrievera. 鈥 S艂ysza艂am, jak skamle. 鈥 To chyba najwi臋ksze dziecko w ca艂ym Teksasie. 鈥 Jeste艣 zazdrosny? 鈥 zacz臋艂a si臋 z nim dra偶ni膰. 鈥 Pewnie, 偶e tak 鈥 powiedzia艂 powa偶nie, chocia偶 w jego oczach zal艣ni艂y weso艂e iskierki. 鈥 Drapiesz go za uchem znacznie cz臋艣ciej ni偶 mnie. Po chwili Ranger wyskoczy艂 z kuchni. By艂 niezwykle brzydki, ale za to bardzo inteligentny. Jane wzi臋艂a go ze schroniska, kiedy by艂 jeszcze szczeniakiem. Prawd臋 m贸wi膮c, wybra艂a go dlatego, i偶 wiedzia艂a, 偶e nikt inny tego nie zrobi. Przy rozmiarach i usposobieniu retrievera, ma艣ci spaniela i w dodatku paru c臋tkach typowych dla dalmaty艅czyk贸w, stanowi艂 jedyn膮 w swoim rodzaju mieszank臋. Pies zatrzyma艂 si臋 przy Jane i po艂o偶y艂 wielki 艂eb na jej kolanach. Pog艂aska艂a go po 艂bie i jedwabi艣cie g艂adkich uszach, a Ranger a偶 pokaza艂 bia艂ka oczu, tak mu by艂o przyjemnie. 鈥 No i co ty na to? 鈥 zwr贸ci艂a si臋 do zwierzaka, my艣l膮c o sennych koszmarach, kt贸re powoli niszczy艂y jej poczucie bezpiecze艅stwa. 鈥 Czy to z powodu dziecka zrobi艂am si臋 taka nerwowa? Czy jest mo偶e jaka艣 inna przyczyna? Ranger zaskomla艂 w odpowiedzi, a Jane pochyli艂a si臋 i wtuli艂a twarz w psi 艂eb. 鈥 Mo偶e jednak zadzwoni膰 do Dave鈥檃? Co ty na to? Dostrzeg艂a swoje odbicie w szkatu艂ce z lusterkiem, stoj膮cej na stoliku. By艂o troch臋 zniekszta艂cone z powodu k膮ta nachylenia lusterka i sko艣nych brzeg贸w. Troch臋 zniekszta艂cone. To w艂a艣ciwe s艂owa, pomy艣la艂a. Nigdy nie by艂a w stanie patrze膰 na siebie inaczej, chocia偶 dla wi臋kszo艣ci ludzi by艂a zwyk艂膮, dosy膰 atrakcyjn膮, ciemnow艂os膮 kobiet膮. Niekt贸rzy zwr贸ciliby by膰 mo偶e uwag臋 na d艂ug膮, cienk膮 blizn臋, kt贸ra bieg艂a wzd艂u偶 jej policzka, a nawet uznali, 偶e jest po jakim艣 liftingu albo czym艣 w tym rodzaju. A najlepsi obserwatorzy mogliby dostrzec, 偶e jej 艂adne, br膮zowe oczy odbijaj膮 艣wiat艂o w nieco inny spos贸b, ale zapewne nie zaprz膮taliby sobie tym g艂owy. Jednak ona patrzy艂a na siebie w zupe艂nie inny spos贸b. Ze wszystkich si艂 stara艂a si臋 nie widzie膰 w lustrze potwornie okaleczonej nastolatki, kt贸ra nosi艂a specjaln膮 opask臋 na oku, by ukry膰 okropny, pusty oczod贸艂. Kolejne operacje plastyczne powoli przywraca艂y jej dawny wygl膮d, a zrobiona na specjalne zam贸wienie proteza zast膮pi艂a oko. Ale nie istnia艂a taka ga艂膮藕 medycyny, kt贸ra potrafi艂aby sprawi膰, 偶eby Jane wr贸ci艂a na dawne miejsce w艣r贸d swych r贸wie艣nik贸w. Do偶ywotnio skazana by艂a, by patrze膰 na 艣wiat inaczej, wiedz膮c przy tym, 偶e 艣wiat te偶 odbiera j膮 jako inn膮 i dziwn膮, 偶eby nie powiedzie膰 鈥 dziwaczn膮. Beztroska, pewna siebie dziewczyna, kt贸r膮 by艂a tamtego marcowego poranka, znikn臋艂a gdzie艣 na zawsze. Nie by艂o ju偶 powrotu do przesz艂o艣ci. Ale Jane nie chcia艂a do niej wr贸ci膰, nawet gdyby mog艂a. W ten spos贸b zmieni艂aby ca艂y sw贸j spos贸b patrzenia na 艣wiat i ludzi. A w贸wczas przesta艂aby istnie膰 jako artystka Cameo, jak sygnowa艂a swoje prace. Nie mia艂aby prawdopodobnie nic wa偶nego do powiedzenia. 鈥 Przygotowa艂em ju偶 dla nas herbat臋 鈥 powiedzia艂 Ian, wracaj膮c z dwoma kubkami. Postawi艂 je na podk艂adkach, szturchn膮艂 opornego Rangera, 偶eby si臋 posun膮艂, i usiad艂 przy 偶onie. Przez chwil臋 w ciszy pili zio艂ow膮 herbat臋. Jane zauwa偶y艂a, 偶e m膮偶 spogl膮da w stron臋 zegara, wi臋c te偶 skierowa艂a tam wzrok. A偶 j臋kn臋艂a. 鈥 Do licha, ju偶 po p贸艂nocy! 鈥 Niemo偶liwe. 鈥 Zamruga艂, jakby nie m贸g艂 uwierzy膰 w艂asnym oczom. 鈥 Cholera, jutro b臋dzie ci臋偶ko. 鈥 Ju偶 jest jutro 鈥 zauwa偶y艂a, wtuliwszy si臋 w jego bok. 鈥 Przynajmniej nabierzemy wprawy, je艣li idzie o nocne karmienia. Poczu艂a, 偶e m膮偶 si臋 u艣miechn膮艂. 鈥 Je艣li z tego powodu b臋dziesz mia艂a mniejsze wyrzuty… Znowu umilkli. Ian pierwszy zdecydowa艂 si臋 przerwa膰 cisz臋. 鈥 Kiedy powiesz Stacy o dziecku? Na wspomnienie siostry zagryz艂a nerwowo wargi i poczu艂a dziwny ch艂贸d. Chcia艂a si臋 jeszcze mocniej przytuli膰 do Iana, ale odsun膮艂 si臋 od niej i spojrza艂 jej w oczy. 鈥 Naprawd臋 si臋 ucieszy. Zobaczysz. 鈥 Mam nadziej臋. Tyle 偶e teraz… Teraz mam wszystko, czego pragnie moja siostra. Co gorsza, to Stacy pierwsza chodzi艂a z Ianem. Jane zrobi艂o si臋 jej 偶al. Chcia艂aby zmieni膰 przesz艂o艣膰, pozna膰 Iana w innych okoliczno艣ciach. Co prawda Stacy chodzi艂a z nim bardzo kr贸tko, ale Jane czu艂a si臋 troch臋 tak, jakby ukrad艂a go siostrze. Przypomnia艂a sobie moment, kiedy ona i Ian powiedzieli Stacy, 偶e chc膮 si臋 pobra膰. Sta艂a przed nimi, jasnow艂osa i wysoka niczym skandynawska wojowniczka. Ale wcale nie by艂a tak silna, na jak膮 wygl膮da艂a. Jej mina zdradza艂a wszystko. Stacy czu艂a si臋 zraniona i upokorzona. Bardzo zale偶a艂o jej na Ianie. Mo偶e nawet bardziej ni偶 bardzo. Ian u艣cisn膮艂 rami臋 偶ony. 鈥 Wiem, 偶e to nie jest 艂atwe, ale chyba najwy偶szy czas zapomnie膰 o przesz艂o艣ci 鈥 powiedzia艂. 鈥 Powinny艣cie przynajmniej spr贸bowa膰. Ojciec Stacy pracowa艂 w policji i zosta艂 zabity na s艂u偶bie, kiedy mia艂a zaledwie trzy miesi膮ce. Jej matka wysz艂a ponownie za m膮偶 i zasz艂a w ci膮偶臋 zaraz po tym, jak powiedzia艂a sakramentalne tak. Urodzi艂a si臋 Jane. I chocia偶 ojciec zawsze traktowa艂 Stacy jak w艂asn膮 c贸rk臋 i nigdy 偶adnej z nich nie faworyzowa艂, to jednak jego snobistyczna rodzina z Highland Park nie ukrywa艂a swoich sympatii. Dotyczy艂o to zw艂aszcza jego matki, kt贸ra rz膮dzi艂a niepodzielnie w艣r贸d najbli偶szych. Jane pami臋ta艂a, jak babka powtarza艂a, 偶e p艂ynie w niej ,,dobra krew鈥欌. My艣la艂a, 偶e spali si臋 wtedy ze wstydu, zw艂aszcza je艣li by艂a przy tym Stacy. By艂o im 艂atwiej, kiedy rodzice jeszcze 偶yli, bo Stacy nie potrzebowa艂a wtedy wsparcia babki Killian. Mog艂a j膮 ignorowa膰. Ale kiedy sze艣膰 lat temu oboje zmarli, ojciec na zawa艂, a wkr贸tce potem matka z powodu wylewu, Jane i Stacy zosta艂y same. Mog艂y liczy膰 tylko na siebie i na babk臋. Oczywi艣cie teraz siostra mia艂a sto powod贸w, 偶eby znienawidzi膰 Jane. Cho膰by to, 偶e odziedziczy艂a po zmar艂ej przed rokiem babce wi臋ksz膮 cz臋艣膰 maj膮tku Killian贸w. Stacy nie dosta艂a nic. A przecie偶 ojciec Jane by艂 r贸wnie偶 jej ojcem, chocia偶 nie biologicznym. Gdyby艣my tylko mog艂y o tym zapomnie膰! 鈥 pomy艣la艂a Jane, 偶a艂uj膮c, 偶e nie jest z siostr膮 tak blisko, jak to zwykle bywa w rodzinie. Gdybym tylko wpad艂a na to, jak do niej dotrze膰! 鈥 zastanawia艂a si臋 nie wiedzie膰 kt贸ry ju偶 raz. Kiedy zaproponowa艂a Stacy, 偶e da jej po艂ow臋 maj膮tku, siostra tylko wpad艂a w z艂o艣膰. Wiedzia艂a, 偶e babka jej nie kocha艂a. Nie przyj臋艂aby od niej nawet centa. 鈥 Przesta艅 鈥 powiedzia艂 delikatnie Ian. 鈥 S艂ucham? 鈥 Przesta艅 wini膰 siebie za to, co zrobi艂a twoja babka. 鈥 Wydaje ci si臋, 偶e w艂a艣nie o tym my艣la艂am? Ian potrz膮sn膮艂 g艂ow膮 i za艣mia艂 si臋 cicho. 鈥 Wcale mi si臋 nie wydaje. Ja to wiem. Znam wszystkie twoje sekrety, kochanie. 鈥 Wszystkie? 鈥 Oczywi艣cie. 鈥 I jak zamierzasz wykorzysta膰 t臋 wiedz臋? Pochyli艂 si臋 w jej stron臋 tak bardzo, 偶e niemal dotkn膮艂 ustami jej warg. 鈥 Sama zobaczysz. Dopiero p贸藕niej, kiedy Ian zasn膮艂 u jej boku, Jane u艣wiadomi艂a sobie, 偶e nie spyta艂a go, dlaczego wychodzi艂 tak p贸藕no na dw贸r.
Cmentarz w Pradze
Cmentarz w Pradze 艣wietna powie艣膰 kryminalno szpiegowska, kt贸rej akcja rozgrywa si臋 w XIX wieku. Jej bohaterem聽 jest Simone Simonini, cyniczny fa艂szerz 艣wiadcz膮cy us艂ugi wywiadom wielu kraj贸w. Obsesyjny antysemita. Nienawidzi r贸wnie偶 jezuit贸w, mason贸w i niestety kobiet. Eco opisuje jego histori臋 odwo艂uj膮c si臋 do najlepszych wzor贸w XIX-wiecznej powie艣ci przygodowej 鈥 w ebooku znajdziesz wartk膮 akcj臋, fa艂szerstwa, spisek, zamachy, ciekaw膮 intryg臋 z zaskakuj膮cym zako艅czeniem,聽 a wszystko opowiedziane barwnym j臋zykiem.
UMBERTO ECO聽 -聽 CMENTARZ聽 W PRADZE
Prze艂o偶y艂 Krzysztof 呕aboklicki
Poniewa偶 epizody s膮 niezb臋dne, a nawet stanowi膮 zasadnicz膮 cz臋艣膰 opowiadania historycznego, do naszego wprowadzili艣my egzekucj臋 stu obywateli powieszonych na g艂贸wnym placu miejskim, spalenie 偶ywcem na stosie dw贸ch mnich贸w i pojawienie si臋 komety. Opisy te warte s膮 wi臋cej ni偶 opis stu turniej贸w, a ich zalet膮 jest to, 偶e pozwalaj膮 czytelnikowi oddali膰 si臋 od w膮tku podstawowego.
Carlo Tenca, La ca鈥 dei cani (Psiarnia)
KIM JESTEM ?
Przyst臋puj膮c do pisania, czuj臋 si臋 nieco zak艂opotany. To tak, jakbym obna偶a艂 w艂asn膮 dusz臋 na rozkaz 鈥 nie, na Boga, nie na rozkaz, tylko id膮c za sugesti膮 鈥 niemieckiego 呕yda (albo austriackiego, to wszystko jedno). Kim jestem? 艁atwiej mo偶e mi b臋dzie zastanawia膰 si臋 nad swoimi nami臋tno艣ciami ni偶 nad wydarzeniami ze swego 偶ycia. Kogo kocham? Nie przypominam sobie w og贸le kochanych twarzy. Wiem, 偶e kocham dobr膮 kuchni臋. Kiedy s艂ysz臋 nazw臋 Tour d鈥橝rgent, ca艂e moje cia艂o przenika dreszcz rozkoszy. Czy to jest mi艂o艣膰?
Kogo nienawidz臋? 呕yd贸w, chcia艂oby mi si臋 powiedzie膰. Jednak sam fakt, 偶e podda艂em si臋 tak pos艂usznie namowom tego austriackiego (albo niemieckiego) doktora, 艣wiadczy, 偶e nie mam nic przeciw 呕ydom.
O 呕ydach wiem tylko to, czego nauczy艂 mnie dziadek.
鈥 To lud bezbo偶ny w najwy偶szym stopniu 鈥 powiada艂. 鈥 呕ydzi wychodz膮 z za艂o偶enia, 偶e dobro ma si臋 urzeczywistni膰 tutaj, nie w 偶yciu pozagrobowym. Dlatego dzia艂aj膮 wy艂膮cznie w zamiarze podbicia tego 艣wiata.
Byli widmem, kt贸re sprawi艂o, 偶e mia艂em smutne dzieci艅stwo. Dziadek opisywa艂 ich 艣ledz膮ce innych oczy, oczy pe艂ne fa艂szu, od kt贸rego si臋 blednie, ich wstr臋tne u艣miechy, ich wydatne hienie wargi nad z臋bami, ich spojrzenia natarczywe, nieczyste, t臋pe, fa艂dy mi臋dzy nosem a bezustannie poruszaj膮cymi si臋 ustami, wy偶艂obione przez nienawi艣膰, ich nosy jak obrzydliwe dzioby ptak贸w z po艂udniowej p贸艂kuli鈥 I oko, ach, to oko鈥 Obraca gor膮czkowo t臋cz贸wk膮 barwy opieczonego chleba i zdradza przypad艂o艣ci w膮troby, zepsutej wydzielinami wywo艂anymi przez gromadzon膮 od osiemnastu wiek贸w nienawi艣膰; otacza je tysi膮c drobnych zmarszczek, rysuj膮cych si臋 coraz wyra藕niej z wiekiem, ale ju偶 dwudziestoletni Judejczyk wydaje si臋 zwi臋d艂y jak starzec. U艣miechaj膮c si臋, 呕yd przymyka obrzmia艂e powieki tak, 偶e pozostaje mi臋dzy nimi tylko niedostrzegalna prawie linia 鈥 oznaka chytro艣ci zdaniem niekt贸rych, lubie偶no艣ci zdaniem mojego dziadka鈥 Kiedy ju偶 podros艂em na tyle, 偶e pewne rzeczy mog艂em zrozumie膰, zapewnia艂 mnie on, 偶e 呕yd 鈥 pr贸偶ny jak Hiszpan, t臋py jak Chorwat, chciwy jak Lewanty艅czyk, niewdzi臋czny jak Malta艅czyk, bezczelny jak Cygan, brudny jak Anglik, s艂u偶alczy jak Ka艂muk, w艂adczy jak Prusak i oszczerczy jak mieszkaniec Doliny Aosty 鈥 oddaje si臋 zapami臋tale cudzo艂贸stwu z powodu niepohamowanej 偶膮dzy, wywo艂anej przez pobudzaj膮ce erekcj臋 obrzezanie; zachodzi te偶 monstrualna dysproporcja mi臋dzy kar艂owatym wzrostem 呕yd贸w a jamist膮 pojemno艣ci膮 ich na wp贸艂 okaleczonych pr膮ci.
呕ydzi 艣nili mi si臋 noc w noc przez d艂ugie lata.
Na szcz臋艣cie nigdy nie mia艂em z nimi do czynienia 鈥 wyj膮wszy kurewk臋 z tury艅skiego getta, kiedy by艂em jeszcze ch艂opcem (zamieni艂em z ni膮 jednak zaledwie kilka s艂贸w), oraz austriackiego doktora (albo niemieckiego, to wszystko jedno).
Niemc贸w pozna艂em, pracowa艂em nawet dla nich. To najni偶sza kategoria rodzaju ludzkiego, jak膮 mo偶na sobie wyobrazi膰. Niemiec wydziela 艣rednio dwa razy wi臋cej ka艂u ni偶 Francuz 鈥 nadczynno艣膰 funkcji trawiennych ze szkod膮 dla m贸zgowych, dowodz膮ca fizjologicznej ni偶szo艣ci. W czasach najazd贸w bar-barzy艅c贸w germa艅skie hordy znaczy艂y przemierzane szlaki niepoj臋t膮 ilo艣ci膮 odchod贸w. Zreszt膮 nawet w o wiele mniej odleg艂ych stuleciach francuski podr贸偶nik zauwa偶a艂 natychmiast, 偶e jest ju偶 w Alzacji, gdy widzia艂 na drogach niezwyk艂ej wiel-ko艣ci kupy. Na tym nie koniec. Niemc贸w charakteryzuje wydzielanie cuchn膮cego potu; dowiedziono te偶, 偶e mocz Niemca zawiera dwadzie艣cia procent azotu, mocz za艣 innych ras 鈥 tylko pi臋tna艣cie.
Niemiec cierpi stale na niestrawno艣膰 spowodowan膮 nadmiern膮 konsumpcj膮 piwa i kie艂basy wieprzowej, za kt贸rymi przepada. Podczas jedynego pobytu w Monachium przypatrywa艂em si臋 pewnego wieczoru Niemcom w ich 艣wieckich katedrach zadymionych jak angielskie porty, 艣mierdz膮cych smalcem i s艂onin膮. Siedzieli tam nawet parami, on i ona, nos przy nosie w zwierz臋cym dialogu mi艂osnym jak dwa obw膮chuj膮ce si臋 psy, obejmuj膮c d艂o艅mi kufle piwa sposobne do napojenia stada s艂oni, wybuchaj膮c ha艂a艣liwym, nieprzyjemnym 艣miechem wyra偶aj膮cym ich m臋tn膮, gard艂ow膮 weso艂o艣膰, l艣ni膮c od t艂uszczu, kt贸ry stale pokrywa ich twarze i ca艂e cia艂o jak oliwa sk贸r臋 zawodnik贸w w staro偶ytnych cyrkach.
Usta maj膮 pe艂ne swojego Geist, co znaczy 鈥瀌uch鈥. Jest to jednak duch piwska, kt贸ry od m艂odo艣ci og艂upia. Dlatego w dziedzinie sztuki nigdy nie powsta艂o za Renem nic interesuj膮cego, z wyj膮tkiem obraz贸w przedstawiaj膮cych odra偶aj膮ce g臋by i 艣miertelnie nudnych poemat贸w. Albo ich muzyka鈥 Nie m贸wi臋 ju偶 o 艂oskocz膮cym, 偶a艂obnym Wagnerze, kt贸ry dzisiaj otumania tak偶e Francuz贸w, ale i utwory Bacha 鈥 niewiele wprawdzie ich s艂ysza艂em 鈥 s膮 zupe艂nie pozbawione harmonii, zimne jak grudniowa noc, symfonie za艣 tego Beethovena to prawdziwa orgia prostactwa.
Wskutek nadmiernego spo偶ycia piwa Niemcy s膮 ca艂kowicie niezdolni zda膰 sobie sprawy z w艂asnej wulgarno艣ci, kt贸rej szczytem jest to, 偶e nie wstydz膮 si臋 by膰 Niemcami. Potraktowali powa偶nie 偶ar艂ocznego i lubie偶nego mnicha Lutra (jak mo偶na o偶eni膰 si臋 z mniszk膮?) dlatego tylko, 偶e zrujnowa艂 Bibli臋, t艂umacz膮c j膮 na ich j臋zyk. Kto to powiedzia艂, 偶e nadu偶yli dw贸ch najwa偶niejszych europejskich narkotyk贸w 鈥 alkoholu i chrze艣cija艅stwa?
鈥otraktowali powa偶nie 偶ar艂ocznego i lubie偶nego mnicha Lutra (jak mo偶na o偶eni膰 si臋 z mniszk膮?) dlatego tylko, 偶e zrujnowa艂 Bibli臋, t艂umacz膮c j膮 na ich j臋zyk鈥
Uwa偶aj膮 si臋 za g艂臋bokie umys艂y, poniewa偶 ich j臋zyk jest og贸lnikowy, nie ma jasno艣ci francuskiego, nie wyra偶a nigdy dok艂adnie tego, co powinien. Niemiec nie wie zatem nigdy, co chcia艂 powiedzie膰, i t臋 niepewno艣膰 bierze za g艂臋bi臋 my艣li. Z Niemcami 鈥 podobnie jak z kobietami 鈥 nigdy nie dochodzi si臋 do sedna. Na nieszcz臋艣cie do nauki tego w艂a艣nie, pozbawionego ekspresji j臋zyka 鈥 czytaj膮c w nim, trzeba niespokojnie szuka膰 oczami czasownik贸w, bo nie ma ich nigdy tam, gdzie by膰 powinny 鈥 zmusi艂 mnie w ch艂opi臋cych latach dziadek, czemu nie nale偶y si臋 zreszt膮 dziwi膰, gdy偶 by艂 zwolennikiem Austrii. Niemieckiego nienawidzi艂em tak samo jak jezuity, kt贸ry go uczy艂, bij膮c mnie przy tym pr臋tem po palcach.
Odk膮d ten Gobineau napisa艂 o nier贸wno艣ci ras, wydaje si臋, 偶e kto 藕le m贸wi o innym narodzie, robi to, poniewa偶 sw贸j w艂asny uwa偶a za lepszy. Ja nie mam przes膮d贸w. Od kiedy zosta艂em Francuzem (tak偶e przedtem by艂em nim w po艂owie ze wzgl臋du na matk臋), zrozumia艂em, jak bardzo moi nowi rodacy s膮 leniwi, szachrajscy, pami臋tliwi, zazdro艣ni, pyszni bezgranicznie 鈥 do tego stopnia, 偶e wszystkich innych uwa偶aj膮 za dzikus贸w 鈥 niezdolni akceptowa膰 upomnie艅. Zrozumia艂em jednak r贸wnie偶, 偶e aby sk艂oni膰 Francuza do przyznania, i偶 jego plemi臋 nie jest wolne od u艂omno艣ci, wystarczy przedstawi膰 mu w z艂ym 艣wietle inny nar贸d, m贸wi膮c na przyk艂ad: 鈥濵y, Polacy, mamy tak膮 to a tak膮 wad臋鈥. Poniewa偶 chce on zawsze 鈥 nawet w sprawach z艂ych 鈥 okaza膰 si臋 pierwszy, powie od razu: 鈥濶o tak, ale my, Francuzi, mamy wady gorsze鈥, i b臋dzie obmawia艂 rodak贸w, dop贸ki nie zauwa偶y, 偶e wpad艂 w pu艂apk臋.
Francuzi nie lubi膮 bli藕nich nawet wtedy, gdy ci膮gn膮 z nich zyski. Nikt nie jest bardziej nieuprzejmy od francuskiego ober偶ysty, kt贸ry wydaje si臋 nienawidzi膰 klient贸w (mo偶e tak zreszt膮 jest) i pragn膮膰, 偶eby ich w og贸le nie by艂o (to z pewno艣ci膮 nie odpowiada prawdzie, poniewa偶 Francuzi s膮 niezmiernie chciwi). Ils grognent toujours 鈥 zrz臋dz膮 nieustannie. Spr贸bujcie o co艣 ich zapyta膰: Sais pas moi 鈥 nie wiem 鈥 i wydymaj膮 wargi, jakby chcieli uda膰 pierdni臋cie.
S膮 藕li, zabijaj膮 z nud贸w. Francja to jedyny kraj, kt贸rego obywatele przez wiele lat zajmowali si臋 wzajemnym ucinaniem sobie g艂贸w. Na szcz臋艣cie Napoleon ukierunkowa艂 t臋 furi臋 na inne narody, ustawi艂 Francuz贸w w kolumny i wys艂a艂 ich, by pustoszyli Europ臋. Szczyc膮 si臋 posiadaniem pa艅stwa, kt贸re zw膮 pot臋偶nym, lecz przez ca艂y czas usi艂uj膮 je obali膰. 呕aden inny nar贸d nie potrafi tak sprawnie wznosi膰 barykad z jakiegokolwiek powodu i przy ka偶dym powiewie wiatru, cz臋sto nie wiedz膮c nawet zupe艂nie dlaczego, i manifestowa膰 na ulicy za przyk艂adem najgorszych m臋t贸w. Francuz nie wie dobrze, czego chce; wie tylko doskonale, 偶e nie chce tego, co ma. Aby to przekonanie wyrazi膰, bezustannie 艣piewa piosenki.
Francuzi s膮dz膮, 偶e ca艂y 艣wiat m贸wi po francusku. Przed kilkudziesi臋ciu laty dowi贸d艂 tego 贸w Lucas, prawdziwy geniusz: trzydzie艣ci tysi臋cy fa艂szywych dokument贸w w艂asnor臋cznie sporz膮dzonych na starym papierze 鈥 wyklejkach wyci臋tych z ksi膮偶ek i wyniesionych po kryjomu z Biblioteki Narodowej 鈥 napisanych imitacj膮 r贸偶nych charakter贸w pisma, cho膰 nie tak dobr膮 jak ta, kt贸ra by艂aby moim dzie艂em鈥 Sprzeda艂 ich B贸g wie ile za ci臋偶kie pieni膮dze temu durniowi Chasles鈥檕wi (wybitny matematyk 鈥 powiadaj膮 鈥 i cz艂onek Akademii Nauk, ale wielki ba艂wan). No i nie tylko Chasles, ale i wielu innych jego koleg贸w z Akademii uwierzy艂o, 偶e swoje listy pisali po francusku Kaligula, Kleopatra i Juliusz Cezar, 偶e po francusku korespondowali ze sob膮 Pascal, Newton i Galileusz 鈥 a przecie偶 nawet dzieci wiedz膮, 偶e uczeni w tamtych czasach pos艂ugiwali si臋 艂acin膮. Francuscy m臋drcy nie mieli poj臋cia, 偶e inne narody nie m贸wi膮 tak samo jak Francuzi. Ponadto te sfa艂szowane listy zawiera艂y twierdzenie, jakoby Pascal opracowa艂 teori臋 powszechnego ci膮偶enia dwadzie艣cia lat przed Newtonem; to wystarczy艂o, aby za艣lepi膰 owych profesor贸w Sorbony z偶eranych nacjonalistyczn膮 but膮.
Niewiedza Francuz贸w wynika mo偶e z ich sk膮pstwa 鈥 narodowej wady, kt贸r膮 oni uwa偶aj膮 za cnot臋 i nazywaj膮 oszcz臋dno艣ci膮. Tylko w tym kraju mog艂a powsta膰 ca艂a komedia, kt贸rej akcja obraca si臋 wok贸艂 postaci sk膮pca. Pomin臋 ju偶 pap臋 Grandeta.
艢wiadcz膮 o sk膮pstwie ich zakurzone mieszkania, nigdy nieodnawiane obicia mebli, odziedziczone po przodkach wanny, kr臋te, niepewne schody drewniane, dzi臋ki kt贸rym zaoszcz臋dzaj膮 ma艂ostkowo troch臋 miejsca. Skrzy偶ujcie 鈥 jak krzy偶uje si臋 ro艣liny 鈥 Francuza z 呕ydem (najlepiej pochodz膮cym z Niemiec), a otrzymacie to, co mamy: Trzeci膮 Republik臋.
Zrobi艂em si臋 Francuzem, poniewa偶 nie mog艂em znie艣膰 tego, 偶e jestem W艂ochem. Jako Piemontczyk (z urodzenia) czu艂em si臋 tylko karykatur膮 Gala o bardziej ograniczonych od niego pogl膮dach. Piemontczycy obawiaj膮 si臋 ka偶dej nowo艣ci, niespodzianki ich przera偶aj膮. Aby nak艂oni膰 ich do wyruszenia na Kr贸lestwo Obojga Sycylii (z Piemontu pochodzi艂o bardzo niewielu garybaldczyk贸w), potrzebni byli dwaj Liguryjczycy 鈥 fanatyk Garibaldi i przynosz膮cy pecha Mazzini. I nie m贸wmy lepiej o tym, co odkry艂em, gdy wys艂ano mnie do Palermo (kiedy? musz臋 sobie przypomnie膰). Te ludy podoba艂y si臋 tylko pr贸偶nemu Dumasowi, chyba dlatego, 偶e schlebia艂y mu bardziej ni偶 Francuzi, dla kt贸rych by艂 przecie偶 miesza艅cem. Lubili go Neapolita艅czycy i Sycylijczycy, sami miesza艅cy, nie przez pomy艂k臋 matki nierz膮dnicy, lecz z winy pokole艅 zrodzonych ze skrzy偶owa艅 zdradzieckich Lewanty艅czyk贸w, poc膮cych si臋 Arab贸w i zwyrodnia艂ych Ostrogot贸w, kt贸re od swoich niejednorodnych przodk贸w bra艂y to co najgorsze: od Saracen贸w 鈥 oci臋偶a艂o艣膰, od Szwab贸w 鈥 krwio偶erczo艣膰, od Grek贸w 鈥 niezdolno艣膰 do wyci膮gania wniosk贸w i zami艂owanie do czczej gadaniny, do dzielenia w艂osa na czworo. Co do ca艂ej reszty, wystarczy popatrze膰 na neapolita艅skich ulicznik贸w, jak popisuj膮 si臋 przed cudzoziemcami, wpychaj膮c sobie palcami do gard艂a makaron, umazani sosem z zepsutych pomidor贸w. Ja chyba ich nie widzia艂em, ale wiem.
W艂och jest podst臋pny, k艂amie i zdradza, woli sztylet od szpady, trucizn臋 od lekarstwa. W pertraktacjach wykr臋tny, zawsze got贸w do zmiany obozu; mia艂em okazj臋 zobaczy膰, co zrobili genera艂owie burbo艅scy na sam widok awanturnik贸w Garibaldiego i genera艂贸w z Piemontu.
Wz贸r czerpali W艂osi z ksi臋偶y, kt贸rym zawdzi臋czali jedyne prawdziwe rz膮dy od czas贸w, kiedy zdeprawowanego ostatniego cesarza rzymskiego zgwa艂cili barbarzy艅cy, poniewa偶 za spraw膮 chrze艣cija艅stwa zniewie艣cia艂a staro偶ytna rasa.
Ksi臋偶a鈥 Jak ich pozna艂em? Zdaje si臋, 偶e u dziadka. Przypominam sobie te rozbiegane oczy, zepsute z臋by, nie艣wie偶e oddechy, spocone d艂onie pr贸buj膮ce pog艂aska膰 mnie po karku. Obrzydliwo艣膰. Pr贸偶niacy, klasa niebezpieczna, jak z艂odzieje i w艂贸cz臋dzy. Ksi臋dzem lub mnichem zostaje si臋 po to, 偶eby pr贸偶nowa膰; a pr贸偶nowa膰 mog膮, bo jest ich du偶o. Gdyby ksi膮dz by艂 鈥 powiedzmy 鈥 jeden na tysi膮c dusz, mia艂by tyle roboty, 偶e nie m贸g艂by le偶e膰 do g贸ry brzuchem i opycha膰 si臋 kap艂onami. Spo艣r贸d ksi臋偶y najmniej godnych rz膮d wybiera najg艂upszych i mianuje ich biskupami.
Ksi臋偶a s膮 przy tobie tu偶 po urodzeniu, kiedy ci臋 chrzcz膮. Potem masz ich w szkole, je偶eli rodzice byli bigotami i powierzyli im twoj膮 edukacj臋. Kolej na pierwsz膮 komuni臋, lekcje katechizmu i bierzmowanie. W dniu 艣lubu ksi膮dz powiada ci, co masz robi膰 w sypialni, a nazajutrz, 偶eby mie膰 si臋 czym podnieca膰 w konfesjonale, pyta ci臋 na spowiedzi, ile razy to zrobi艂e艣. Tobie o sp贸艂kowaniu m贸wi膮 ksi臋偶a ze wstr臋tem, a sami wstaj膮 codziennie z 艂贸偶ek, gdzie je uprawiali; nie myj膮 sobie nawet r膮k i id膮 je艣膰 i pi膰 swojego Pana, 偶eby potem wydali膰 go z siebie i wysika膰.
Powtarzaj膮, 偶e ich kr贸lestwo nie jest z tego 艣wiata, ale zgarniaj膮, co si臋 da. Cywilizacja nie osi膮gnie doskona艂o艣ci, p贸ki ostatni kamie艅 z ostatniego ko艣cio艂a nie spadnie na ostatniego ksi臋dza i nie uwolni 艣wiata od tej ho艂oty.
Komuni艣ci rozpowszechnili pogl膮d, 偶e religia to opium dla ludu. To prawda, gdy偶 religia hamuje zrywy poddanych; gdyby nie ona, na barykadach by艂oby dwa razy wi臋cej ludzi, a w dniach Komuny nie by艂o ich tam dosy膰 i uda艂o si臋 wszystkich wybi膰 bez zbytniej zw艂oki. Po tym jednak, co us艂ysza艂em od tego austriackiego lekarza na temat zalet kolumbijskiego narkotyku, powiedzia艂bym, 偶e religia jest tak偶e kokain膮 narod贸w, poniewa偶 pcha艂a i pcha do wojen, do rzezi niewiernych. Dotyczy to chrze艣cijan, muzu艂man贸w i innych ba艂wochwalc贸w. Murzyni w Afryce poprzestawali na wyrzynaniu si臋 mi臋dzy sob膮, a misjonarze nawr贸cili ich i zamienili w wojska kolonialne, gotowe umiera膰 na pierwszej linii frontu i gwa艂ci膰 bia艂e kobiety po wkroczeniu do zdobytego miasta. Ludzie nigdy nie czyni膮 z艂a w tak szerokim zakresie i z takim zapa艂em jak wtedy, gdy robi膮 to z przekona艅 religijnych.
Najgorsi ze wszystkich s膮 z pewno艣ci膮 jezuici. Wydaje mi si臋, 偶e zrobi艂em im kilka kawa艂贸w, ale mo偶e to oni mi zaszkodzili, nie przypominam sobie dok艂adnie. A mo偶e byli to ich rodzeni bracia 鈥 masoni. S膮 zupe艂nie jak jezuici, tylko troch臋 bardziej m臋tni. Jezuici maj膮 przynajmniej swoj膮 teologi臋 i wiedz膮, jak si臋 ni膮 pos艂ugiwa膰, masoni za艣 maj膮 teologii zbyt wiele i si臋 w nich gubi膮. O masonach opowiada艂 mi dziadek. Wsp贸lnie z 呕ydami uci臋li g艂ow臋 kr贸lowi. Wydali na 艣wiat karbonariuszy 鈥 takich mason贸w troch臋 g艂upszych, bo kiedy艣 pozwalali si臋 rozstrzeliwa膰, a potem ucina膰 sobie g艂owy za nieudolnie sfabrykowan膮 bomb臋; stawali si臋 te偶 socjalistami, komunistami i komunardami. Wszystkich pod 艣cian臋! Thiers dobrze zrobi艂.
Masoni i jezuici. Jezuici to masoni w kobiecym stroju.
O kobietach wiem ma艂o, ale ich nienawidz臋. Przez lata ca艂e moj膮 obsesj膮 by艂y brasseries 脿 femmes 鈥 piwiarnie z kobietami 鈥 gdzie zbieraj膮 si臋 najrozmaitsi przest臋pcy. To miejsca gorsze od dom贸w publicznych. Z otwarciem takiego domu mog膮 by膰 trudno艣ci, je艣li s膮siedzi wyra偶膮 sprzeciw, a piwiarni臋 wolno otworzy膰 wsz臋dzie, poniewa偶 鈥 jak powiadaj膮 鈥 jest to tylko lokal, do kt贸rego chodzi si臋 pi膰. Tyle 偶e pije si臋 na parterze, a na wy偶szych pi臋trach uprawia si臋 nierz膮d. Ka偶da piwiarnia ma swoje w艂a艣ciwo艣ci; dopasowane s膮 do nich stroje kelnerek. Tu kelnerki niemieckie, tam znowu 鈥 przed Pa艂acem Sprawiedliwo艣ci 鈥 w adwokackich togach. Wystarcz膮 zreszt膮 same nazwy: Brasserie du Tire-cul (Ci膮gnij za Ty艂ek), Brasserie des Belles Marocaines (Maroka艅skich 艢licznotek) albo Brasserie des Quatorze Fesses (Czternastu Po艣ladk贸w) w pobli偶u Sorbony. W艂a艣cicielami s膮 prawie zawsze Niemcy, kt贸rzy podkopuj膮 w ten spos贸b francusk膮 moralno艣膰. W pi膮tym i sz贸stym arrondissement jest takich piwiarni co najmniej sze艣膰dziesi膮t, a w ca艂ym Pary偶u 鈥 prawie dwie艣cie, wszystkie otwarte tak偶e dla najm艂odszych. Ch艂opcy chodz膮 tam najpierw z ciekawo艣ci, potem z na艂ogu; wreszcie w najlepszym wypadku tylko zara偶aj膮 si臋 rze偶膮czk膮. Je偶eli piwiarnia znajduje si臋 niedaleko szko艂y, uczniowie po lekcjach id膮 pod drzwi podpatrywa膰 dziewczyny. Ja chodz臋 pi膰 i podgl膮da膰 z wn臋trza uczni贸w podgl膮daj膮cych przez drzwi. Zreszt膮 nie tylko uczni贸w; dowiaduj臋 si臋 tam wiele o obyczajach i znajomo艣ciach doros艂ych, co zawsze mo偶e si臋 przyda膰.
Moj膮 ulubion膮 rozrywk膮 jest 艣ledzenie rozmaitych sutener贸w, kt贸rzy siedz膮 przy sto艂ach i czekaj膮. Cz臋艣膰 ich to 偶yj膮cy z wdzi臋k贸w swoich 偶on m臋偶owie. Trzymaj膮 si臋 razem, s膮 porz膮dnie ubrani, pal膮 i graj膮 w karty. W艂a艣ciciel i dziewczyny nazywaj膮 ich st贸艂 sto艂em rogaczy. W Dzielnicy 艁aci艅skiej wielu z nich to byli studenci, kt贸rym si臋 nie powiod艂o i kt贸rzy ci膮gle si臋 obawiaj膮, 偶e kto艣 pozbawi ich 藕r贸d艂a dochodu; ci cz臋sto chwytaj膮 za n贸偶. Najspokojniejsi s膮 z艂odzieje i mordercy. Wchodz膮 i wychodz膮, poniewa偶 musz膮 przygotowywa膰 swoje skoki. S膮 pewni, 偶e dziewczyny ich nie zdradz膮, bo ju偶 nast臋pnego dnia ko艂ysa艂yby si臋 na falach Bi猫vre.
Zdarzaj膮 si臋 tam te偶 osobnicy wynaturzeni, kt贸rzy czyhaj膮 na zdeprawowanych m臋偶czyzn i kobiety, gotowi do najobrzydliwszych us艂ug. Wypatruj膮 klient贸w w Palais-Royal lub na Polach Elizejskich i zwabiaj膮 ich um贸wionymi znakami. Kiedy klient jest ju偶 w pokoju, cz臋sto pojawiaj膮 si臋 tam przebrani za policjant贸w wsp贸lnicy, kt贸rzy gro偶膮 stoj膮cemu w samych kalesonach aresztem; ofiara b艂aga o lito艣膰 i wykupuje si臋 zwitkiem banknot贸w.
Wchodz膮c do tych dom贸w rozpusty, zachowuj臋 ostro偶no艣膰, bo wiem, co mog艂oby mi si臋 przytrafi膰. Je艣li klient wygl膮da na zamo偶nego, w艂a艣ciciel kiwa na jedn膮 z dziewczyn, ona zbli偶a si臋 i powoli przekonuje go艣cia, 偶eby zaprosi艂 do stolika wszystkie inne, kt贸re zamawiaj膮 wtedy najdro偶sze napoje (ale im nie wolno si臋 zala膰, wi臋c pij膮 anisette superfine, any偶贸wk臋 doskona艂膮, i cassis fin, wyborow膮 z czarnej porzeczki 鈥 barwion膮 wod臋, za kt贸r膮 klient drogo p艂aci). Potem pr贸buj膮 gra膰 z tob膮 w karty, porozumiewaj膮c si臋 oczywi艣cie mi臋dzy sob膮; przegrywasz i musisz postawi膰 kolacj臋 wszystkim, z w艂a艣cicielem i jego 偶on膮 w艂膮cznie. Kiedy masz ju偶 tego do艣膰, proponuj膮 gr臋 nie na pieni膮dze: je艣li wygrywasz, jedna z dziewczyn co艣 z siebie zdejmuje鈥 Spod ka偶dej zdejmowanej koronki wygl膮da wstr臋tne, bia艂e cia艂o, ukazuj膮 si臋 nabrzmia艂e piersi, ciemne pachy o nieprzyjemnej, denerwuj膮cej woni鈥
Nie wszed艂em nigdy na wy偶sze pi臋tro. Kto艣 powiedzia艂, 偶e kobiety to tylko namiastka onanizmu, wymagaj膮 jednak wi臋cej wyobra藕ni. Wracam wi臋c do domu i 艣ni臋 o nich w nocy, nie jestem przecie偶 z 偶elaza, a zreszt膮 to one mnie sprowokowa艂y.
Czyta艂em doktora Tissota i wiem, 偶e szkodz膮 nawet na odleg艂o艣膰. Nie wiadomo, czy duchy 偶ywotne i sperma to jedno, lecz nie ulega w膮tpliwo艣ci, 偶e te dwa fluidy maj膮 ze sob膮 co艣 wsp贸lnego: po d艂ugich polucjach nocnych nie tylko traci si臋 si艂y, ale cia艂o chudnie, twarz blednie, s艂abnie pami臋膰, wzrok zachodzi mg艂膮, g艂os chrypnie, sen zak艂贸caj膮 koszmary, odczuwa si臋 b贸l oczu, na twarzy pojawiaj膮 si臋 czerwone plamy, niekt贸rzy pluj膮 wapienn膮 substancj膮, maj膮 palpitacje, dusz膮 si臋, mdlej膮, inni znowu uskar偶aj膮 si臋 na zatwardzenie lub na puszczanie coraz bardziej smrodliwych wiatr贸w.
Mo偶e to przesada. Jako ch艂opiec mia艂em krosty na twarzy, to chyba typowe dla wieku, zreszt膮 mo偶e wszyscy ch艂opcy sobie dogadzaj膮, trzepi膮c kapucyna dniem i noc膮. Teraz nauczy艂em si臋 ju偶 ogranicza膰; niespokojne sny dr臋cz膮 mnie tylko po wieczorze sp臋dzonym w piwiarni i w przeciwie艅stwie do wielu innych m臋偶czyzn nie miewam erekcji na widok byle jakiej sp贸dniczki. Praca chroni mnie przed rozwi膮z艂o艣ci膮 obyczaj贸w.
Dlaczego jednak filozofuj臋, zamiast odtwarza膰 wydarzenia? Mo偶e dlatego, 偶e potrzebuj臋 wiedzy nie tylko o tym, co robi艂em przed dniem wczorajszym, lecz tak偶e o tym, jaki jestem wewn膮trz. Pod warunkiem, 偶e mam wn臋trze. M贸wi膮, 偶e dusza jest jedynie tym, co si臋 robi. Je艣li jednak kogo艣 nienawidz臋 i t臋 偶yw膮 niech臋膰 w sobie piel臋gnuj臋, znaczy to, 偶e – na Boga! 鈥 jakie艣 wn臋trze jest. Jak to powiedzia艂 filozof? Odi ergo sum 鈥 nienawidz臋, wi臋c jestem.
Niedawno na dole kto艣 zadzwoni艂. Obawia艂em si臋 ju偶, 偶e to jaki艣 dure艅, kt贸ry chce co艣 kupi膰, ale ten cz艂owiek powiedzia艂 mi od razu, 偶e go przysy艂a Tissot (dlaczego wybra艂em w艂a艣nie takie has艂o?). Potrzebowa艂 testamentu holograficznego z podpisem niejakiego Bonnefoy na korzy艣膰 niejakiego Guillota (by艂 to bez w膮tpienia on sam). Mia艂 ze sob膮 papier listowy, kt贸rego u偶ywa lub u偶ywa艂 贸w Bonnefoy, i pr贸bk臋 jego charakteru pisma. Zaprosi艂em Guillota do gabinetu, wybra艂em odpowiednie pi贸ro i atrament, po czym bez 偶adnych przymiarek zredagowa艂em dokument. By艂 znakomity. Guillot zapewne zna艂 cennik, bo wr臋czy艂 mi honorarium stosowne do wysoko艣ci zapisu.
A wi臋c taki jest m贸j zaw贸d? Pi臋kn膮 rzecz膮 jest stworzy膰 z niczego akt notarialny, sfabrykowa膰 list, kt贸ry wydaje si臋 prawdziwy, wymy艣li膰 kompromituj膮ce zeznanie, zredagowa膰 dokument, kt贸ry kogo艣 zgubi. Oto pot臋ga sztuki鈥 Zas艂u偶y艂em sobie na odwiedziny w Caf茅 Anglais.
Siedzib膮 mojej pami臋ci jest chyba nos. Odnosz臋 wra偶enie, 偶e ju偶 od wiek贸w nie wdycham aromatu owego menu: suflet 脿 la reine, filety z soli 脿 la v茅nitienne, escalopes de turbot au gratin 鈥 zapiekane dzwonka turbota, selle de mouton pur茅e bretonne 鈥 comber barani z pur茅e po breto艅sku鈥 A na przystawk臋: kurczak 脿 la portugaise albo p芒t茅 chaud de cailles 鈥 pasztet przepi贸rczy na gor膮co, albo homar 脿 la parisienne, albo wszystko to razem. No i danie g艂贸wne鈥 czy ja wiem鈥 kaczuszki 脿 la rouennaise albo ortolans sur canap茅s 鈥 ortolany na kanapkach, oraz co艣 lekkiego przed deserem, bak艂a偶any 脿 l鈥檈spagnole, asperges en branches 鈥 艂odygi szparag贸w, cassolettes princesse 鈥 wazonik ksi臋偶niczki鈥 A wina鈥 sam nie wiem鈥 chyba Ch芒teau-Margaux albo Ch芒teau-Latour, albo Ch芒teau-Lafite, zale偶nie od rocznika. I na zako艅czenie bombe glac茅e 鈥 bomba lodowa.
Kuchnia dawa艂a mi zawsze wi臋cej satysfakcji ni偶 wsp贸艂偶ycie p艂ciowe. Mo偶e to pi臋tno wyci艣ni臋te na mnie przez ksi臋偶y.
W g艂owie mam ci膮gle co艣 w rodzaju chmury, kt贸ra uniemo偶liwia mi patrzenie wstecz. Dlaczego nagle staj膮 mi w pami臋ci moje wypady do tury艅skiej kawiarni Bicerin w habicie ojca Bergamaschiego? Zapomnia艂em zupe艂nie ojca Bergamaschiego. Kto to by艂? Lubi臋 wodzi膰 pi贸rem zgodnie z nakazami instynktu. Zdaniem tego austriackiego lekarza powinienem dotrze膰 do chwili dla mojej pami臋ci prawdziwie bolesnej, co by mi wyja艣ni艂o, dlaczego tyle wspomnie艅 nagle wykre艣li艂em.
Wczoraj, we wtorek, dwudziestego drugiego marca 鈥 tak przynajmniej uwa偶a艂em 鈥 obudzi艂em si臋 z uczuciem, 偶e doskonale wiem, kim jestem. Jestem kapitanem Simoninim, mam sze艣膰dziesi膮t siedem lat, ale wygl膮dam m艂odziej (jestem na tyle t臋gi, 偶e mo偶na mnie uzna膰 za m臋偶czyzn臋 przystojnego). Stopie艅 kapitana nada艂em sobie we Francji z my艣l膮 o dziadku, uzasadniaj膮c to niejasno s艂u偶b膮 w szeregach Tysi膮ca garybaldczyk贸w, kt贸ra przynosi pewien presti偶 w tym kraju, gdzie Garibaldi szanowany jest bardziej ni偶 we W艂oszech. A wi臋c Simone Simonini, urodzony w Turynie z pochodz膮cego stamt膮d ojca i matki Francuzki (lub mieszkanki Sabaudii, ale kiedy si臋 urodzi艂a, Sabaudi臋 okupowali Francuzi).
Le偶a艂em jeszcze w 艂贸偶ku i rozmy艣la艂em鈥 Bior膮c pod uwag臋 problemy z Rosjanami (z Rosjanami?), lepiej, 偶ebym si臋 nie pokazywa艂 w swoich ulubionych restauracjach. M贸g艂bym sam sobie co艣 ugotowa膰. Kilkugodzinna praca nad przygotowaniem jakiego艣 smacznego dania zawsze mnie odpr臋偶a. Na przyk艂ad c么tes de veau Foyot: mi臋so ciel臋ce grubo艣ci przynajmniej czterech centymetr贸w 鈥 porcja na dwie osoby 鈥 dwie 艣rednie cebule, pi臋膰dziesi膮t gram贸w mi臋kiszu chleba, siedemdziesi膮t pi臋膰 gram贸w tartego sera szwajcarskiego, pi臋膰dziesi膮t gram贸w mas艂a. Mi臋kisz przeciera si臋 i miesza z serem, cebule obiera si臋 i sieka drobno, topi si臋 w rondelku czterdzie艣ci gram贸w mas艂a, a z jego pozosta艂o艣ci膮, w drugim garnuszku, dusi si臋 powoli cebul臋. Dno p艂askiego naczynia wy艣cie艂a si臋 po艂ow膮 duszonej cebuli, wk艂ada do niego mi臋so przyprawione sol膮 i pieprzem i przybiera je po jednej stronie pozosta艂o艣ci膮 cebuli. Ca艂o艣膰 przykrywa si臋 pierwsz膮 warstw膮 mi臋kiszu z serem, polewaj膮c mi臋so topionym mas艂em i lekko ugniataj膮c d艂oni膮, aby przylega艂o dok艂adnie do dna naczynia. K艂adzie si臋 drug膮 warstw臋 mi臋kiszu, formuj膮c j膮 w co艣 w rodzaju kopu艂y, nast臋pnie polewa si臋 wszystko bia艂ym winem i bulionem 鈥 ale tak, 偶eby p艂ynu nie by艂o w naczyniu zbyt du偶o. Potraw臋 wstawia si臋 do piecyka na jakie艣 p贸艂 godziny, nadal zwil偶aj膮c j膮 od czasu do czasu winem i bulionem. Podawa膰 z kalafiorami obsma偶anymi na patelni.
Potrzeba na to troch臋 czasu, ale rozkosze zwi膮zane z dobr膮 kuchni膮 zaczynaj膮 si臋 jeszcze przed jedzeniem, bo gotowanie jest zapowiedzi膮 przyjemno艣ci. Wyleguj膮c si臋 teraz w 艂贸偶ku, tym w艂a艣nie si臋 delektowa艂em. Tylko g艂upcy, aby nie czu膰 si臋 samotnie, musz膮 mie膰 pod ko艂dr膮 kobiet臋 lub ch艂opca. Nie wiedz膮, 偶e 艂yka膰 艣link臋 jest lepiej, ni偶 mie膰 erekcj臋.
W domu mia艂em prawie wszystko opr贸cz szwajcarskiego sera i mi臋sa. Z mi臋sem ka偶dego innego dnia nie by艂oby k艂opotu, bo na placu Maubert jest rze藕nik, ale 鈥 kto wie dlaczego 鈥 we wtorki jego sklep jest zamkni臋ty. Wiedzia艂em jednak o innym, w odleg艂o艣ci dwustu metr贸w st膮d, na bulwarze Saint-Germain; spacer dobrze mi zrobi. Ubra艂em si臋 i przed wyj艣ciem, patrz膮c w lustro nad umywalk膮, przylepi艂em sobie jak zwykle czarne w膮sy i pi臋kn膮 brod臋. Potem na艂o偶y艂em peruk臋 i uczesa艂em j膮 z przedzia艂kiem po艣rodku, lekko mocz膮c grzebie艅 w wodzie. Wdzia艂em surdut, w kieszonk臋 kamizelki wsun膮艂em srebrny zegarek z dobrze widocznym 艂a艅cuszkiem. Aby wygl膮da膰 na emerytowanego kapitana, podczas rozmowy ch臋tnie bawi臋 si臋 szylkretowym pude艂eczkiem wype艂nionym pastylkami lukrecjowymi, z portrecikiem kobiety brzydkiej, ale elegancko ubranej, po wewn臋trznej stronie pokrywki; to niew膮tpliwie ukochana zmar艂a. Od czasu do czasu wk艂adam do ust pastylk臋 i przesuwam j膮 j臋zykiem, co pozwala mi m贸wi膰 wolniej, temu za艣, kto mnie s艂ucha, ka偶e 艣ledzi膰 ruchy moich warg i nie zwraca膰 wi臋kszej uwagi na s艂owa. Chodzi o to, aby mie膰 wygl膮d osoby obdarzonej inteligencj膮 niesi臋gaj膮c膮 艣redniej.
Wyszed艂em z domu i skr臋ci艂em w rue Sauton, staraj膮c si臋 nie zatrzymywa膰 przed piwiarni膮, z kt贸rej od wczesnego ranka dolatywa艂y niemi艂e g艂osy kobiet upad艂ych.
Plac Maubert nie jest ju偶 tym niezwyk艂ym miejscem, kt贸rym by艂 jeszcze trzydzie艣ci pi臋膰 lat temu, kiedy tu przyby艂em. Roi艂o si臋 tam w贸wczas od handlarzy utylizowanym tytoniem 鈥 ci臋tym grubo z niedopa艂k贸w cygar i z pozosta艂o艣ci w fajkach oraz ci臋tym cienko z niedopa艂k贸w papieros贸w; ten pierwszy za jednego franka dwadzie艣cia centym贸w za funt, ten drugi od jednego franka pi臋膰dziesi膮t do jednego franka sze艣膰dziesi膮t za funt (zaj臋cie to nie przynosi艂o jednak wi臋kszego zysku i nie przynosi go nadal, bo wszyscy ci pomys艂owi handlarze, pozbywszy si臋 znacznej cz臋艣ci zarobku w jakiej艣 knajpie, nie wiedz膮, gdzie si臋 w nocy przespa膰). Pe艂no by艂o na placu r贸wnie偶 sutener贸w, kt贸rzy wylegiwali si臋 w 艂贸偶ku przynajmniej do drugiej po po艂udniu, a reszt臋 dnia sp臋dzali pal膮c, oparci o 艣cian臋, za przyk艂adem wielu zacnych emeryt贸w, aby jako psy pasterskie wkroczy膰 do akcji o zmroku. Nie brakowa艂o z艂odziei zmuszonych okrada膰 si臋 wzajemnie, bo 偶aden lepiej sytuowany mieszczanin (z wyj膮tkiem mo偶e jakiego艣 przyjezdnego pr贸偶niaka) nie o艣mieli艂by si臋 tam przyj艣膰. Ja by艂bym dobrym 艂upem, gdybym nie chodzi艂 krokiem wojskowego, wywijaj膮c lask膮; zreszt膮 miejscowi kieszonkowcy mnie znali, niekt贸rzy k艂aniali mi si臋 nawet, tytu艂uj膮c mnie kapitanem 鈥 musieli my艣le膰, 偶e jakim艣 sposobem nale偶臋 do ich podejrzanego 艣wiatka, a kruk krukowi oka nie wykole. By艂y te偶 przywi臋d艂e prostytutki, kt贸re gdyby jeszcze 艂adnie wygl膮da艂y, pracowa艂yby w brasseries 脿 femmes, a teraz liczy艂y tylko na szmaciarzy, 艂obuz贸w i 艣mierdz膮cych handlarzy utylizowanym tytoniem 鈥 ale ujrzawszy porz膮dnie ubranego pana w l艣ni膮cym cylindrze, mog艂yby si臋 o艣mieli膰 i nawet chwyci膰 ci臋 za rami臋, podchodz膮c tak blisko, 偶e poczu艂by艣 obrzydliwy zapach najta艅szych perfum zmieszany z woni膮 potu. Takie prze偶ycie by艂oby zbyt przykre (nie chcia艂em 艣ni膰 o nich w nocy), kiedy wi臋c widzia艂em, 偶e kt贸ra艣 si臋 zbli偶a, wprawia艂em lask臋 w ruch obrotowy, jakbym chcia艂 stworzy膰 wok贸艂 siebie stref臋 chronion膮 i niedost臋pn膮, co one pojmowa艂y od razu, bo by艂y przyzwyczajone do pos艂usze艅stwa i dla kija 偶ywi艂y respekt.
W tym t艂umie kr臋cili si臋 tak偶e wywiadowcy prefektury policji, werbuj膮c swoich mouchards, czyli konfident贸w, lub zbieraj膮c w locie cenne informacje o przygotowywanych 艂otrostwach, o kt贸rych jeden z艂oczy艅ca m贸wi艂 drugiemu zbyt g艂o艣nym szeptem w przekonaniu, 偶e jego g艂os zginie w og贸lnym ha艂asie. Szpicli rozpoznawa艂o si臋 jednak natychmiast, bo mieli strasznie zakazane g臋by. Tylko oni wygl膮dali na 艂otr贸w, 偶aden prawdziwy 艂otr na takiego nie wygl膮da.
Teraz po placu Maubert je偶d偶膮 nawet tramwaje, cz艂owiek nie czuje si臋 ju偶 jak u siebie w domu. S膮 tam jednak jeszcze osobnicy, kt贸rzy mog膮 si臋 przyda膰, trzeba tylko umie膰 ich rozpozna膰. Stoj膮 na rogach, w drzwiach kawiarni Ma卯tre-Albert albo w jednej z przyleg艂ych uliczek. W ka偶dym razie Pary偶 nie jest ju偶 taki jak kiedy艣, odk膮d z ka偶dego k膮ta wida膰 w oddali ten szpikulec 鈥 wie偶臋 Eiffla.
Dosy膰, nie jestem sentymentalny, istniej膮 te偶 inne miejsca, gdzie mog臋 zawsze znale藕膰 to, czego mi potrzeba. Wczoraj rano potrzebowa艂em mi臋sa i sera, znalaz艂em je jeszcze na placu Maubert.
Kupi艂em ser i zatrzyma艂em si臋 przed swoim sklepem mi臋snym, bo zobaczy艂em, 偶e jest otwarty.
鈥 Co to, otworzy艂 pan we wtorek? 鈥 spyta艂em rze藕nika, wchodz膮c.
鈥 Panie kapitanie, przecie偶 dzisiaj 艣roda 鈥 odpowiedzia艂 z u艣miechem.
Zmiesza艂em si臋 i przeprosi艂em. Doda艂em, 偶e z wiekiem traci si臋 pami臋膰. On na to, 偶e jestem nadal m艂odzieniaszkiem i 偶e ka偶dy mo偶e by膰 troch臋 roztargniony, je艣li zbyt wcze艣nie si臋 obudzi. Wybra艂em mi臋so, zap艂aci艂em, nie wspominaj膮c nawet, 偶e m贸g艂by policzy膰 nieco taniej 鈥 to jedyny spos贸b na pozyskanie sobie szacunku sprzedawc贸w.
W drodze powrotnej zastanawia艂em si臋, jaki to w艂a艣ciwie jest dzie艅 tygodnia. Wszed艂em na pi臋tro do sypialni, aby zdj膮膰 w膮sy i brod臋, jak robi臋 zwykle, kiedy mam by膰 sam. Dopiero wtedy uderzy艂o mnie co艣, co wydawa艂o si臋 nie na miejscu. Na wieszaku obok komody wisia艂 ubi贸r 鈥 sutanna, bez 偶adnej w膮tpliwo艣ci ksi臋偶a sutanna. Zbli偶y艂em si臋 i spostrzeg艂em, 偶e na komodzie le偶y peruka koloru kasztanowego, wpadaj膮cego prawie w blond.
Kiedy ju偶 zacz膮艂em si臋 zastanawia膰, jakiego aktorzyn臋 ostatnio go艣ci艂em, u艣wiadomi艂em sobie, 偶e ja r贸wnie偶 wyst臋puj臋 w masce, bo noszone przeze mnie w膮sy i broda nie s膮 przecie偶 moje. By艂em wi臋c kim艣, kto przebiera si臋 raz za zamo偶nego d偶entelmena, a raz za duchownego? Dlaczego jednak zapomnia艂em zupe艂nie o tym drugim wcieleniu? A mo偶e z jakiego艣 powodu (na przyk艂ad dlatego, 偶e wisi nade mn膮 nakaz aresztowania) maskowa艂em si臋 za pomoc膮 w膮s贸w i brody, a jednocze艣nie udziela艂em u siebie schronienia komu艣, kto przebiera艂 si臋 za ksi臋dza? Je艣li jednak ten fa艂szywy ksi膮dz (prawdziwy nie nosi艂by peruki) mieszka艂 ze mn膮, to gdzie sypia艂, bo przecie偶 w domu by艂o tylko jedno 艂贸偶ko. Zreszt膮 mo偶e nie mieszka艂 u mnie, tylko z jakiego艣 powodu schroni艂 si臋 tu wczoraj i zostawi艂 swoje przebranie, sam za艣 poszed艂 sobie B贸g wie dok膮d robi膰 B贸g wie co.
W g艂owie czu艂em pustk臋. Wydawa艂o mi si臋, 偶e widz臋 co艣, co powinienem pami臋ta膰, lecz czego nie pami臋tam, co艣, co nale偶a艂o jakby do wspomnie艅 innej osoby. S膮dz臋, 偶e 鈥瀢spomnienia innej osoby鈥 s膮 sformu艂owaniem w艂a艣ciwym. W tamtej chwili odnosi艂em wra偶enie, 偶e jestem kim艣 innym, kto obserwuje siebie samego z zewn膮trz. Kto艣 obserwowa艂 Simoniniego, kt贸ry nagle zda艂 sobie spraw臋, 偶e nie wie dok艂adnie, kim jest.
Spok贸j, zastan贸wmy si臋 鈥 powiedzia艂em sobie. Nie by艂o nieprawdopodobne, 偶e jako indywiduum, kt贸re pod pretekstem sprzedawania rupieci fa艂szuje dokumenty i mieszka w jednej z najbardziej podejrzanych dzielnic Pary偶a, udziela艂em schronienia komu艣 wmieszanemu w nieczyste kombinacje. Nie wydawa艂o mi si臋 jednak normalne, 偶e zapomnia艂em, kto to m贸g艂 by膰.
Poczu艂em, 偶e musz臋 si臋 zabezpieczy膰; moje w艂asne mieszkanie sta艂o si臋 nagle miejscem nieznanym, kryj膮cym mo偶e wi臋cej tajemnic. Zacz膮艂em je bada膰, jakby nale偶a艂o do kogo艣 innego. Po wyj艣ciu z kuchni 鈥 na prawo sypialnia, na lewo salon ze swojskimi meblami. Pootwiera艂em szuflady biurka mieszcz膮ce moje narz臋dzia pracy: pi贸ra, buteleczki z atramentami, bia艂e jeszcze (lub 偶贸艂te) kartki rozmaitego formatu i z r贸偶nych epok. Na rega艂ach, opr贸cz ksi膮偶ek, pude艂ka pe艂ne moich dokument贸w i stare tabernakulum z orzecha. Usi艂owa艂em w艂a艣nie sobie przypomnie膰, do czego s艂u偶y艂o, gdy z do艂u dobieg艂 mnie d藕wi臋k dzwonka. Zszed艂em po schodach, aby przep臋dzi膰 natr臋ta, ale zobaczy艂em znajom膮 mi chyba staruszk臋.
Powiedzia艂a przez szyb臋:
鈥 Przysy艂a mnie Tissot.
Musia艂em wi臋c j膮 wpu艣ci膰; B贸g wie dlaczego wybra艂em sobie has艂o takie, a nie inne.
Wesz艂a i rozwi膮za艂a zawini膮tko, kt贸re przyciska艂a do piersi. Ujrza艂em ze dwadzie艣cia hostii.
鈥 Ksi膮dz Dalla Piccola powiedzia艂 mi, 偶e pana interesuj膮.
Niespodzianie dla samego siebie powiedzia艂em: 鈥濷czywi艣cie鈥, i spyta艂em po ile. Dziesi臋膰 frank贸w od sztuki, odrzek艂a staruszka.
鈥 Oszala艂a pani 鈥 zareagowa艂em, kierowany instynktem kupca.
鈥 To pan oszala艂, odprawia pan czarne msze. My艣li pan, 偶e 艂atwo jest oblecie膰 w trzy dni dwadzie艣cia ko艣cio艂贸w, przyjmowa膰 komuni臋, dbaj膮c, 偶eby mie膰 sucho w ustach, kl臋ka膰, zakrywaj膮c twarz r臋kami, wyjmowa膰 hostie z ust, uwa偶aj膮c, 偶eby ich nie za艣lini膰, wk艂ada膰 do torebki na piersi 鈥 a wszystko tak, 偶eby niczego nie spostrzegli ani proboszcz, ani ludzie obok? Nie m贸wi膮c ju偶 o 艣wi臋tokradztwie i o piekle, kt贸re mnie czeka. Je偶eli wi臋c pan reflektuje, prosz臋 dwie艣cie frank贸w, albo id臋 do ksi臋dza Boullana.
鈥 Ksi膮dz Boullan umar艂, widocznie ju偶 dawno nie zajmowa艂a si臋 pani hostiami 鈥 odrzek艂em jej prawie machinalnie. Potem zdecydowa艂em, 偶e przy zamieszaniu, jakie mam w g艂owie, powinienem i艣膰 za instynktem, zbytnio si臋 nie zastanawiaj膮c. 鈥 Ju偶 dobrze, bior臋 鈥 powiedzia艂em i zap艂aci艂em jej. Zrozumia艂em teraz, 偶e trzeba w艂o偶y膰 op艂atki do tabernakulum w pracowni i czeka膰 na klienta amatora. Robota taka sama jak inne.
W艂a艣ciwie wszystko wydawa艂o mi si臋 codzienne, dobrze znane. A jednak czu艂em wok贸艂 siebie jakby zapach czego艣 z艂owieszczego, czego nie umia艂em okre艣li膰.
Wr贸ci艂em na g贸r臋 do pracowni i spostrzeg艂em, 偶e w g艂臋bi znajduj膮 si臋 zas艂oni臋te kotar膮 drzwi. Odsun膮艂em j膮, wiedz膮c ju偶, 偶e wejd臋 do korytarza tak ciemnego, i偶 b臋dzie mi potrzebna lampa. Korytarz przypomina艂 magazyn akcesori贸w teatralnych albo zaplecze sklepu handlarza starzyzn膮 na rynku Temple. Na 艣cianach wisia艂y najrozmaitsze ubiory: wie艣niaka, karbonariusza, go艅ca, 偶ebraka, 偶o艂nierza. Obok ubior贸w 鈥 pasuj膮ce do nich uczesania. Na tuzinie modeli g艂owy, ustawionych w szeregu na drewnianej konsoli, umieszczono tyle偶 peruk. W g艂臋bi korytarza sta艂a coiffeuse podobna do toalet w garderobach aktor贸w, a na niej t艂oczy艂y si臋 s艂oiczki z blanszem i r贸偶em, czarne i ciemnoniebieskie kredki, zaj臋cze 艂apki, puszki do pudru, p臋dzelki, szczoteczki.
Korytarz zakr臋ca艂 potem pod k膮tem prostym, dalej by艂y drzwi wiod膮ce do pokoju ja艣niejszego ni偶 m贸j, gdy偶 wpada艂o do niego 艣wiat艂o z jakiej艣 ulicy, nie z ciasnego zau艂ka Maubert. Podszed艂szy do jednego z okien, zobaczy艂em w istocie, 偶e wychodzi ono na rue Ma卯tre-Albert.
Z pokoju na ulic臋 prowadzi艂y schodki, i to wszystko. By艂o to wi臋c pomieszczenie jednopokojowe, co艣 po艣redniego mi臋dzy kawalerk膮 a sypialni膮, wyposa偶one w proste, ciemne meble: st贸艂, kl臋cznik, 艂贸偶ko. Obok wyj艣cia 鈥 malutka kuchenka, przy schodach 鈥 ust臋p z umywalk膮.
Najwidoczniej mieszkanko duchownego, z kt贸rym musia艂em by膰 w do艣膰 bliskich stosunkach, poniewa偶 nasze lokale 艂膮czy艂y si臋 ze sob膮. Wszystko tu jakby co艣 mi przypomina艂o, mia艂em jednak wra偶enie, 偶e jestem w tym pokoju po raz pierwszy.
Podszed艂em do sto艂u i spostrzeg艂em plik list贸w w kopertach zaadresowanych do jednej i tej samej osoby: do Przewielebnego lub Wielebnego Ojca Dalla Piccola. Obok list贸w zobaczy艂em kilka kartek papieru zapisanych delikatnym, subtelnym, kobiecym prawie charakterem pisma, bardzo r贸偶nym od mojego. By艂y to szkice list贸w bez wi臋kszego znaczenia 鈥 podzi臋kowania za prezent, potwierdzenia proponowanych spotka艅. Na samym wierzchu le偶a艂 jednak arkusz zredagowany nieco chaotycznie, jak gdyby pisz膮cy robi艂 notatki z my艣l膮 o utrwaleniu spraw, nad kt贸rymi ma si臋 zastanowi膰. Nie bez trudu odczyta艂em, co nast臋puje:
Wszystko wydaje si臋 nierealne. Jakbym by艂 kim艣 innym, kto mnie obserwuje. Zapisa膰, 偶eby by膰 pewnym, 偶e to prawda.
Dzisiaj mamy dwudziesty drugi marca.
Gdzie s膮 sutanna i peruka?
Co robi艂em wczoraj wieczorem? W g艂owie mam jakby mg艂臋.
Nie pami臋ta艂em nawet, dok膮d prowadz膮 drzwi w g艂臋bi pokoju.
Odkry艂em korytarz (nigdy dot膮d niewidziany?) pe艂en ubior贸w, peruk, krem贸w i szminek, jakich u偶ywaj膮 aktorzy.
Na ko艂ku wisia艂a porz膮dna sutanna, na p贸艂ce znalaz艂em nie tylko 艂adn膮 peruk臋, ale i sztuczne brwi. Podk艂ad ochra, na policzkach odrobina r贸偶u: teraz jestem znowu taki, jakim si臋 sobie wydaj臋 鈥 blady, z lekk膮 gor膮czk膮. Asceta. To ja. Ja 鈥 kto?
Wiem, 偶e jestem ksi臋dzem Dalla Piccola. Albo tym, kogo ludzie znaj膮 jako ksi臋dza Dalla Piccola. Najwidoczniej jednak nim nie jestem, bo 偶eby nim by膰, musz臋 si臋 przebra膰.
Dok膮d prowadzi ten korytarz? Boj臋 si臋 i艣膰 nim do ko艅ca.
Przeczytaj te notatki. Je艣li s膮 napisane czarno na bia艂ym, to znaczy, 偶e wszystko przydarzy艂o mi si臋 w rzeczywisto艣ci. Trzeba wierzy膰 dokumentom na pi艣mie.
Kto艣 da艂 mi wypi膰 magiczny nap贸j? Boullan? By艂by do tego w pe艂ni zdolny. Albo jezuici? A mo偶e masoni? Ale co ja mam z nimi wsp贸lnego?
呕ydzi! To mogli by膰 oni.
Nie czuj臋 si臋 tutaj bezpiecznie. Kto艣 m贸g艂 w艣lizgn膮膰 si臋 w nocy, ukra艣膰 moje ubrania, albo 鈥 co jeszcze gorsze 鈥 szpera膰 w moich papierach. Mo偶e kto艣 kr膮偶y po Pary偶u, podaj膮c si臋 za ksi臋dza Dalla Piccola.
Musz臋 schroni膰 si臋 w Auteuil. Mo偶e Diana wie. Kim jest Diana?
Zapiski ksi臋dza Dalla Piccola tutaj si臋 urywa艂y. Ciekawe, 偶e nie zabra艂 on ze sob膮 tak bardzo poufnego tekstu, 艣wiadcz膮cego o wzburzeniu, kt贸re z pewno艣ci膮 go ogarn臋艂o. Na tym ko艅czy艂o si臋 te偶 wszystko, czego mog艂em si臋 o nim dowiedzie膰.
Wr贸ci艂em do mieszkania przy zau艂ku Maubert i usiad艂em za biurkiem. W jaki spos贸b 偶ycie ksi臋dza Dalla Piccola krzy偶owa艂o si臋 z moim?
Nie mog艂em naturalnie pomin膮膰 hipotezy najbardziej oczywistej: ja i ksi膮dz Dalla Piccola byli艣my t膮 sam膮 osob膮; w takim wypadku wszystko sta艂oby si臋 jasne, dwa po艂膮czone lokale i nawet to, 偶e wr贸ci艂em do mieszkania Simoniniego ubrany jak Dalla Piccola, zostawi艂em tam sutann臋 z peruk膮 i zasn膮艂em. Wszystko jasne, opr贸cz jednego drobnego szczeg贸艂u: je偶eli Simonini by艂 Dalla Piccol膮, to dlaczego ja nie wiedzia艂em nic o Dalla Piccoli i nie czu艂em si臋 Dalla Piccol膮, kt贸ry nie wie nic o Simoninim, aby za艣 pozna膰 my艣li i uczucia Dalla Piccoli, musia艂em przeczyta膰 jego notatki? Ponadto gdybym by艂 Dalla Piccol膮, powinienem znajdowa膰 si臋 w Auteuil, w tym domu, o kt贸rym on zdawa艂 si臋 wszystko wiedzie膰, a ja (Simonini) nie wiedzia艂em nic. No i kim by艂a Diana?
Chyba 偶e by艂bym chwilami Simoninim, kt贸ry zapomnia艂 Dalla Piccol臋, a chwilami Dalla Piccol膮, kt贸ry zapomnia艂 Simoniniego. Kto to mi m贸wi艂 o przypadkach rozdwojonej osobowo艣ci? Czy nie by艂o tak z Dian膮? Ale kim jest Diana?
Postanowi艂em post臋powa膰 metodycznie. Wiedzia艂em, 偶e mam zeszyt, w kt贸rym zapisuj臋 swoje zaj臋cia. Znalaz艂em tam nast臋puj膮ce notatki:
21 marca, msza
22 marca, Taxil
23 marca, Guillot w sprawie testamentu Bonnefoy
24 marca, u Drumonta?
Nie wiem zupe艂nie, dlaczego dwudziestego pierwszego mia艂em p贸j艣膰 na msz臋. Nie s膮dz臋, 偶ebym by艂 wierz膮cy. Czy w co艣 wierz臋? Nie wydaje mi si臋. Zatem 鈥 zgodnie z logik膮 鈥 jestem niewierz膮cy; ale mniejsza z tym. Czasami chodzi si臋 na msz臋 z r贸偶nych przyczyn, kt贸re z wiar膮 nie maj膮 nic wsp贸lnego.
Rzecz膮 o wiele pewniejsz膮 by艂o natomiast to, 偶e dzie艅, kt贸ry uwa偶a艂em za wtorek, okaza艂 si臋 w rzeczywisto艣ci 艣rod膮, dwudziestym trzecim marca, wtedy bowiem przyszed艂 ten Guillot i poprosi艂, 偶ebym zredagowa艂 mu testament Bonnefoy. A wi臋c dwudziesty trzeci, nie dwudziesty drugi, jak s膮dzi艂em. Co za艣 si臋 zdarzy艂o dwudziestego drugiego? Kim albo czym by艂 Taxil?
W czwartek mia艂em si臋 zobaczy膰 z tym Drumontem, to ca艂kiem pewne. Ale jak mog艂em spotka膰 si臋 z kim艣, je艣li nie wiedzia艂em ju偶 nawet, kim jestem ja sam? Musia艂em pozosta膰 w ukryciu, dop贸ki nie rozja艣ni mi si臋 w g艂owie. Drumont鈥 Powtarza艂em sobie, 偶e wiem doskonale, kim jest, ale kiedy usi艂owa艂em o nim pomy艣le膰, wydawa艂o mi si臋, 偶e umys艂 mam zamroczony, jakbym wypi艂 zbyt du偶o wina.
Spr贸bujmy innych hipotez 鈥 powiedzia艂em sobie. Dalla Piccola jest kim艣 innym, kto z niejasnych powod贸w cz臋sto przechodzi przez moje mieszkanie, po艂膮czone z jego mieszkaniem mniej lub bardziej tajemnym korytarzem. Dwudziestego pierwszego marca wieczorem wszed艂 do mnie od zau艂ka Maubert, zostawi艂 sutann臋 (dlaczego?) i poszed艂 spa膰 do siebie, gdzie rano si臋 obudzi艂, niczego nie pami臋taj膮c. Ja, tak偶e niczego nie pami臋taj膮c, obudzi艂em si臋 rano dwa dni p贸藕niej. Jednak co w takim razie robi艂em we wtorek dwudziestego drugiego, je艣li obudzi艂em si臋, niczego nie pami臋taj膮c, dwudziestego trzeciego rano? I dlaczego Dalla Piccola mia艂by rozebra膰 si臋 u mnie i i艣膰 do siebie bez sutanny 鈥 o kt贸rej godzinie? Ogarn臋艂o mnie przera偶enie: mo偶e sp臋dzi艂 pierwsz膮 cz臋艣膰 nocy w moim 艂贸偶ku鈥 Bo偶e kochany, kobiety s膮 odra偶aj膮ce, lecz ksi膮dz by艂by jeszcze gorszy! Kobiet si臋 wystrzegam, ale zbocze艅cem nie jestem.
Albo ja i Dalla Piccola jeste艣my jednak t膮 sam膮 osob膮. Poniewa偶 znalaz艂em w swoim pokoju sutann臋, po dniu, w kt贸rym by艂em na mszy (dwudziestego pierwszego), mog艂em wr贸ci膰 od zau艂ka Maubert ubrany jak Dalla Piccola (je艣li ju偶 mia艂em i艣膰 na msz臋, poszed艂em tam najprawdopodobniej jako ksi膮dz), zdj膮膰 sutann臋 i peruk臋, a potem p贸j艣膰 spa膰 do mieszkania ksi臋dza (zapominaj膮c, 偶e zostawi艂em sutann臋 u Simoniniego). Nast臋pnego dnia, we wtorek, dwudziestego drugiego marca rano, obudziwszy si臋 jako Dalla Piccola, nie tylko niczego nie pami臋ta艂em, ale te偶 nie znalaz艂em obok 艂贸偶ka sutanny. Jako niepami臋taj膮cy niczego Dalla Piccola wzi膮艂em z korytarza zapasow膮 sutann臋 i mia艂em do艣膰 czasu, aby jeszcze w tym samym dniu uciec do Auteuil. Wiele godzin p贸藕niej zmieni艂em zdanie, nabra艂em odwagi i p贸藕nym wieczorem wr贸ci艂em do Pary偶a. Wszed艂em do mieszkania w zau艂ku Maubert i powiesi艂em sutann臋 na wieszaku w sypialni. W 艣rod臋 obudzi艂em si臋, znowu niczego nie pami臋taj膮c 鈥 ale jako Simonini 鈥 w przekonaniu, 偶e jest jeszcze wtorek. A zatem 鈥 powiedzia艂em sobie 鈥 Dalla Piccola zapomina dwudziesty drugi marca, traci pami臋膰 na ca艂y dzie艅, potem odnajduje si臋 dwudziestego trzeciego jako niepami臋taj膮cy niczego Simonini. Nic niezwyk艂ego po tym, czego si臋 dowiedzia艂em od鈥 jak si臋 nazywa ten doktor z kliniki w Vincennes?
I znowu drobny problem. Przeczyta艂em ponownie swoje notatki. Gdyby sprawy potoczy艂y si臋 tak, jak je teraz opisa艂em, dwudziestego trzeciego marca Simonini znalaz艂by w swojej sypialni nie jedn膮, lecz dwie sutanny: t臋, kt贸r膮 zostawi艂 tam w nocy dwudziestego pierwszego, i t臋, kt贸r膮 zostawi艂 w nocy dwudziestego drugiego. Sutanna by艂a wszak偶e tylko jedna.
Ale偶 nie, g艂uptas ze mnie. Dalla Piccola wr贸ci艂 z Auteuil dwudziestego drugiego wieczorem, wszed艂 od ulicy Ma卯tre-Albert, zostawi艂 tam swoj膮 sutann臋, przeszed艂 do mieszkania w zau艂ku Maubert i po艂o偶y艂 si臋 spa膰, a potem obudzi艂 si臋 nast臋pnego ranka (dwudziestego trzeciego marca) jako Simonini; na wieszaku ujrza艂 wtedy tylko jedn膮 sutann臋. Trzeba wprawdzie wzi膮膰 pod uwag臋, 偶e gdyby sprawy tak w艂a艣nie si臋 potoczy艂y, to ja, wchodz膮c dwudziestego trzeciego rano do mieszkania Dalla Piccoli, powinienem by艂 znale藕膰 tam sutann臋, zostawion膮 przez niego dwudziestego drugiego wieczorem. M贸g艂 on jednak powiesi膰 j膮 z powrotem w korytarzu, sk膮d j膮 zabra艂. Wystarczy sprawdzi膰.
Przeszed艂em przez korytarz z zapalon膮 lamp膮, nie bez obawy. Gdyby Dalla Piccola nie by艂 mn膮 鈥 m贸wi艂em sobie 鈥 m贸g艂by mi si臋 ukaza膰 po przeciwnej stronie, tak偶e z lamp膮 w wyci膮gni臋tej r臋ce鈥 Na szcz臋艣cie to si臋 nie zdarzy艂o. W g艂臋bi korytarza znalaz艂em wisz膮c膮 na 艣cianie sutann臋.
A jednak, a jednak鈥 Je偶eli Dalla Piccola wr贸ci艂 z Auteuil, zostawi艂 u siebie sutann臋, przeszed艂 przez ca艂y korytarz a偶 do mojego mieszkania i po艂o偶y艂 si臋 bez wahania do mojego 艂贸偶ka, zrobi艂 tak, poniewa偶 przypomnia艂 sobie wtedy o mnie i wiedzia艂, 偶e mo偶e spa膰 u mnie r贸wnie dobrze jak u siebie, bo jeste艣my przecie偶 t膮 sam膮 osob膮. A zatem Dalla Piccola poszed艂 spa膰, wiedz膮c, 偶e jest Simoninim, Simonini za艣 zbudzi艂 si臋 nast臋pnego ranka, nie wiedz膮c, 偶e jest Dalla Piccol膮. Znaczy艂oby to, 偶e Dalla Piccola traci pami臋膰, potem j膮 odzyskuje, we 艣nie poniek膮d rozmy艣la i sw贸j brak pami臋ci przekazuje Simoniniemu.
Brak pami臋ci鈥 Te s艂owa, znacz膮ce 鈥瀗iezdolno艣膰 do przypominania sobie鈥, uczyni艂y jakby wy艂om we mgle zapomnianego przeze mnie czasu. Ponad dziesi臋膰 lat temu u Magny鈥檈go rozmawia艂em o ludziach pozbawionych pami臋ci. Rozmawia艂em o nich z Bourru i Burotem, z Du Maurierem i z austriackim doktorem.