FreeBooKs.PL

Home
         

DARMOWE EBOOKI DLA CIEBIE

POBIERAJ ZA FREE

zapisz si臋 na newsletter i czytaj za free
Twoje Imi臋:

Chichot losu

ebook Chichot LosuJoanna jest m艂oda, niezale偶na, a w pracy rywalizuje tylko z najlepszymi. T臋 odrobin臋 wolnego czasu, kt贸ry jej pozostaje, dzieli mi臋dzy grono wiernych, troch臋 zwariowanych przyjaci贸艂ek a Marka. Od czasu do czasu. Bez zobowi膮za艅. Czego chcie膰 wi臋cej od 偶ycia ? Pewnej nocy wszystko staje na g艂owie. A艣ka, 艁ukasz i rudy kot ca艂kowicie odmieni膮 偶ycie Joanny. Przyjdzie jej si臋 zmierzy膰 z wieloma wyborami i ich konsekwencjami. Jak pogodzi膰 karier臋 zawodow膮 z opiek膮 nad dw贸jk膮 zupe艂nie obcych dzieci ? Nie wszystko da si臋 zaplanowa膰 i przewidzie膰, ale niespodziewane zmiany, kt贸re zsy艂a nam los, mog膮 okaza膰 si臋 najlepszym, co nas dot膮d spotka艂o.

Hanka Lema艅ska

Zastanawiam si臋, co by si臋 sta艂o, co mog艂oby si臋 sta膰, gdybym tamtego wieczoru nie odebra艂a telefonu. Mog艂o mnie nie by膰 w domu. Mog艂am wyjecha膰 albo um贸wi膰 si臋 z dziewczynami. Cokolwiek. Nie wyjecha艂am, odwo艂a艂am wieczorne spotkanie. Pada艂am na nos, bola艂a mnie g艂owa i marzy艂am tylko o jednym 鈥 zasn膮膰. Gdybym wtedy nie zasn臋艂a, by膰 mo偶e dalszy ci膮g tej historii potoczy艂by si臋 zupe艂nie inaczej. Ko艂o dwunastej obudzi艂 mnie jazgotliwy d藕wi臋k telefonu. Odruchowo si臋gn臋艂am po s艂uchawk臋 i by膰 mo偶e by艂 to najbardziej istotny gest w moim 偶yciu. 鈥 Joanna, przepraszam, wiem, 偶e ci臋 budz臋, ale zrozum, to naprawd臋 wyj膮tkowa sytuacja 鈥 us艂ysza艂am po drugiej stronie g艂os El偶biety. 鈥 Sta艂o si臋 co艣? 鈥 zapyta艂am sennie. 鈥 Ja wiem, 偶e to o co ci臋 poprosz臋鈥 Zrozumiem, je艣li mi odm贸wisz鈥 鈥 El偶bieta by艂a wyra藕nie skr臋powana. 鈥 No, wydu艣偶e wreszcie o co ci chodzi. Kobieto, jest po dwunastej, o tej porze ludzie 艣pi膮 鈥 zacz臋艂am si臋 niecierpliwi膰. Je艣li El偶bieta zdecydowa艂a si臋 ju偶 dzwoni膰 do mnie o p贸艂nocy, to przynajmniej mog艂aby w miar臋 sprawnie wyartyku艂owa膰 swoj膮 pro艣b臋. Mog臋 zrozumie膰, 偶e ma do rozwi膮zania niecierpi膮cy zw艂oki problem, w kt贸rego rozwi膮zywaniu z niewiadomych powod贸w musz臋 uczestniczy膰, ale koniec ko艅c贸w to m贸j sen i m贸j wypoczynek. A ja chc臋 spa膰. 鈥 Czy mog艂aby艣 zosta膰 przez trzy dni z moimi dzie膰mi? Pani Aniela trafi 艂a dzi艣 do szpitala. Wiesz, pani, kt贸ra zajmuje si臋 dzie膰mi. Lekarze m贸wi膮, 偶e to zawa艂. Rano wyje偶d偶am, szef wysy艂a mnie do Katowic. Nie mam nikogo, kogo mog艂abym o to poprosi膰. Zrozum, stoj臋 pod 艣cian膮. Musz臋 jecha膰. Po prostu musz臋. Je艣li odm贸wisz, wylej膮 mnie z roboty. Czy ona zwariowa艂a? Ja i dzieci? Ale偶 mnie boli g艂owa! Dlaczego ona chce, 偶ebym zajmowa艂a si臋 jej dzie膰mi? Dlaczego ja? Nie znam si臋 na dzieciach. Nie cierpi臋 dzieci. Nawet znajomych z dzie膰mi unikam jak ognia. Dzieci oznaczaj膮 przecieranie zupek, pieluchy i dzieci臋cy egoizm. Rodzinne wyprawy na lody, lepkie r臋ce i brud. Ba艂agan. Nie cierpi臋 ba艂aganu, brudu i lepkich r膮k. 鈥 W艂a艣ciwie to one nie wymagaj膮 specjalnej opieki. 艁ukasz do pi膮tej jest w przedszkolu. A艣ka, no wiesz, ona sama sobie radzi. Chodzi tylko o to, 偶eby kto艣 by艂 z nimi wieczorem i rano pom贸g艂 im si臋 zebra膰. To tylko trzy dni. Prosz臋 鈥 Elka dalej j臋cza艂a do s艂uchawki. 鈥 S艂uchaj, one s膮 naprawd臋 ma艂o k艂opotliwe. Milcza艂am. Usi艂owa艂am co prawda my艣le膰, ale w zamroczonej b贸lem i snem g艂owie mia艂am pustk臋. El偶bieta m贸wi, 偶e s膮 ma艂o k艂opotliwe. Mo偶e i tak, mo偶e w por贸wnaniu z innymi鈥 Nie znam innych, wi臋c nie mam por贸wnania. Poza tym nie wyobra偶am sobie, 偶eby czyjekolwiek dzieci mog艂y by膰 ma艂o k艂opotliwe. Sam fakt przebywania z dzieckiem pod jednym dachem powoduje k艂opoty. A z drugiej strony, o ile wiem, ona naprawd臋 nikogo nie ma. Pozna艂y艣my si臋 jakie艣 trzy lata temu przy okazji realizacji kt贸rego艣 z firmowych projekt贸w i jako艣 tak od razu si臋 polubi艂y艣my. Od tego czasu przyja藕nimy si臋 ze sob膮. Mo偶e inaczej 鈥 dla El偶biety to przyja藕艅, dla mnie znajomo艣膰. Chyba nie mam przyjaci贸艂. Nie mam czasu na przyjaci贸艂. O znajomych dziewczynach m贸wi臋 鈥瀙rzyjaci贸艂ki鈥, ale naszym zwi膮zkom do przyja藕ni daleko. Tak samo jest z Elk膮. Dzwonimy do siebie od czasu do czasu, a w艂a艣ciwie g艂贸wnie Elka dzwoni do mnie. Czasem spotykamy si臋 gdzie艣 na mie艣cie, ale rzadko, bo ona ma dzieci, a ja dla odmiany du偶o pracuj臋. Rozmawiamy wtedy troch臋 o pracy, troch臋 o 偶yciu, El偶bieta opowiada o dzieciach, plotkujemy o wsp贸lnych znajomych. Zdaje si臋, 偶e jej m膮偶 wyjecha艂 do Stan贸w zaraz po urodzeniu si臋 艁ukasza. Potem zgin膮艂 albo zagin膮艂, ju偶 nie pami臋tam. Kiedy艣 mi o tym opowiada艂a, ale pewnie nie s艂ucha艂am zbyt uwa偶nie. Jej rodzice chyba nie 偶yj膮. Jaka艣 ciotka pod Szczecinem? Wspomina艂a mi te偶 co艣 o ciotce. Mo偶e to nie ona, mo偶e to kto艣 inny mia艂 tam ciotk臋. Sama ju偶 nie wiem. 鈥 No wi臋c zgodzisz si臋? Prosz臋, to dla mnie wa偶ne. Przecie偶 to tylko trzy dni鈥 鈥 us艂ysza艂am b艂agalny g艂os Elki. G艂owa zaraz mi p臋knie. Bra艂am co prawda proszek przeciwb贸lowy, ale wida膰 nie pom贸g艂. Wzi膮膰 jeszcze jeden? Nie wiem, mo偶e dwa proszki to za du偶o. Aha, dzieci Elki鈥 Co si臋 robi z jej dzie膰mi? 鈥 W艂a艣ciwie co mia艂abym z nimi robi膰? 鈥 niech偶e ona wreszcie sko艅czy, chc臋 dalej spa膰! 鈥 Niewiele. Odebra膰 艁ukasza o pi膮tej z przedszkola, potem go wyk膮pa膰, dopilnowa膰, 偶eby po dobranocce poszed艂 spa膰. Asia zajmie si臋 sob膮. Rano trzeba ich obudzi膰, wyprawi膰 z domu. W czwartek wieczorem b臋d臋 z powrotem. Joanna, prosz臋鈥 鈥 Elka, nie wiem, czy b臋d臋 umia艂a. Najch臋tniej odpowiedzia艂abym, 偶e mowy nie ma, w 偶adnym wypadku, nigdy, za nic, absolutnie wykluczone. Tylko 偶e kogo ona znajdzie do opieki nad dzie膰mi w 艣rodku nocy? Nikogo. No tak, ale dlaczego ja? Bo si臋 przyja藕nimy? Przecie偶 ja ich nie znam, tych jej dzieci. Tyle, co z opowiada艅. No nie, kiedy艣 je widzia艂am. W 偶yciu nie sp臋dzi艂am wi臋cej ni偶 p贸艂 godziny sam na sam z 偶adnym dzieckiem. A ona mi m贸wi o trzech dniach. Ale ona naprawd臋 nikogo nie ma. Cholera! 鈥 No dobrze, niech ci b臋dzie. Gdzie to przedszkole? 鈥 zapyta艂am z westchnieniem. 鈥 Tu偶 obok nas, na podw贸rku. On jest w trzeciej grupie, w pi臋ciolatkach. Rano powiem wychowawczyni, 偶e odbierzesz go ty, a nie pani Aniela. Klucze zostawi臋 ci w przedszkolu. Dobrze, 偶e ten dzieciak ma jakie艣 nazwisko. Mam nadziej臋, 偶e w przeciwie艅stwie do mnie jego wychowawczyni odr贸偶nia go od ca艂ej reszty. Bo ja nawet nie jestem pewna, jak on wygl膮da. Zwyczajnie nie pami臋tam. Mog艂abym przez pomy艂k臋 odebra膰 niew艂a艣ciwego. 鈥 艁ukasz na 艣niadanie jada p艂atki z mlekiem. Aha, A艣ce trzeba przypomnie膰, 偶eby nakarmi艂a kota. Karma dla kota jest w鈥 Masz ci los, jeszcze kot na dodatek! Ale si臋 wpakowa艂am! Nie znosz臋 kot贸w mo偶e nawet bardziej ni偶 dzieci. Rozumiem, 偶e kto艣 mo偶e chcie膰 mie膰 psa. Sama bym chcia艂a, gdyby nie ten m贸j wariacki tryb 偶ycia. Albo p贸藕no wracam, albo dla odmiany wyje偶d偶am na szkolenia. Ale kot? Jak w og贸le mo偶na chcie膰 mie膰 kota? 鈥 I niech A艣ka robi sobie rano kanapki do szko艂y, bo ci膮gle o tym zapomina. A na obiad鈥 Niech偶e ona wreszcie przestanie m贸wi膰! Chc臋 ju偶 zasn膮膰. Reszta potoku s艂贸w El偶biety ginie w sennych majakach. Rano obudzi艂am si臋 nieco sp贸藕niona, ale przynajmniej wolna od b贸lu g艂owy. Tyle dobrego. Szybko przebieg艂am w my艣lach plan dnia. Narada, prezentacja u klienta, spotkanie z szefem. Aha, odebra膰 艁ukasza. 呕ebym tylko nie zapomnia艂a. W ci膮gu dnia z trudem uda艂o mi si臋 wyrwa膰 chwil臋 na szybk膮 kaw臋. Siedzia艂am w firmowej kuchence nad paruj膮c膮 fili偶ank膮, gdy w drzwiach stan膮艂 m贸j kumpel, wsp贸艂pracownik i zaciek艂y adwersarz w kwestiach dotycz膮cych projekt贸w szkole艅 prowadzonych przez nasz膮 firm臋. Czasem r贸wnie偶 rywal. Lubi臋 Marcina. W zasadzie jest w porz膮dku, chocia偶 denerwuje mnie jego nieustanne udowadnianie, 偶e jest lepszy ode mnie, tylko dlatego, 偶e jest facetem. A mo偶e to ja usi艂uj臋 udowodni膰, 偶e nie jestem od niego gorsza? Od 偶adnego z nich? 鈥 Co艣 taka zamy艣lona? 鈥 zapyta艂. Ale on wielki! Oparty o framug臋 zas艂ania艂 sob膮 ca艂e drzwi. 鈥 Nic, tak sobie 鈥 zacz臋艂am bez przekonania. 鈥 Bo mi si臋 sytuacja rodzinna zmienia. Na trzy dni mi si臋 zmienia i my艣l臋, jak sobie z tym poradz臋. 鈥 Wychodzisz za m膮偶 na trzy dni? To do ciebie podobne 鈥 zauwa偶y艂 nieco ironicznie. 鈥 Chcia艂am zauwa偶y膰, 偶e za m膮偶 to mo偶na co najwy偶ej za trzy dni, a nie na, ale nie. Zostaj臋 zast臋pcz膮 matk膮. Marcin a偶 zagwizda艂 z podziwu. 鈥 No, no鈥 Ty i dzieci! Nigdy bym ci臋 o to nie pos膮dzi艂. 鈥 Sama bym si臋 o to nie pos膮dzi艂a, ale widzisz, Marcinku, przeznaczenie. Wida膰 los tak chce. Dobrze, 偶e tylko na trzy dni, wi臋cej w 偶aden spos贸b bym nie znios艂a. 鈥 I co zamierzasz z nimi robi膰? 鈥 Generalnie zadba膰, 偶eby si臋 nie pozab某a艂y … cdn

No Comments

Gra o Tron

W Zachodnich Krainach po o艣miu tysi膮cach lat widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad lud藕mi. Zbli偶a si臋 zima, lodowate wichry wiej膮 z p贸艂nocy, gdzie schroni艂y si臋 wyparte przez ludzi pradawne rasy i starzy bogowie. Zbuntowani w艂adcy na szcz臋艣cie pokonali szalonego Smoczego Kr贸la, Aerysa Targaryena, zasiadaj膮cego na 呕elaznym Tronie Zachodnich Krain, lecz obalony w艂adca pozostawi艂 po sobie potomstwo, r贸wnie szalone jak on sam. Tron obj膮艂 Robert – najznamienitszy z buntownik贸w. Min臋艂y ju偶 lata pokoju i oto mo偶now艂adcy zaczynaj膮 gr臋 o tron . . .

George R.R. Martin

鈥 Powinni艣my wraca膰 鈥 nalega艂 Gared, kiedy las zacz膮艂 pogr膮偶a膰 si臋 w mroku. 鈥 Dzicy nie 偶yj膮. 鈥 Czy偶by艣 ba艂 si臋 zmar艂ych?鈥攕pyta艂 ser Waymar Royce z cieniem u艣miechu na ustach. Gared nie da艂 si臋 sprowokowa膰. By艂 m臋偶czyzn膮 w sile wieku, sko艅czy艂 pi臋膰dziesi膮t lat i widzia艂 ju偶 niejedno pani膮tko; wi臋kszo艣膰 z nich przychodzi艂a i odchodzi艂a. 鈥 Zmarli to zmarli 鈥 o艣wiadczy艂. 鈥 Nic nam do nich. 鈥 Czy oni rzeczywi艣cie nie 偶yj膮?鈥攄opytywa艂 si臋 Royce.鈥擩akie mamy dowody? 鈥 Will ich widzia艂鈥攑owiedzia艂 Gared.鈥擩e艣li on twierdzi, 偶e oni nie 偶yj膮, to ja mu wierz臋. Will domy艣la艂 si臋 ju偶 wcze艣niej, 偶e pr臋dzej czy p贸藕niej wci膮gn膮 go do swojej k艂贸tni. Pragn膮艂 jednak, by nast膮pi艂o to p贸藕niej. 鈥 Moja matka opowiada艂a mi, 偶e zmarli nie maj膮 g艂osu 鈥 wtr膮ci艂. 鈥 Moja nia艅ka m贸wi艂a to samo, Will 鈥 odpowiedzia艂 Royce. 鈥 Nie wierz w nic, co ci opowiadaj膮 przy piersi. Istniej膮 rzeczy, kt贸rych mo偶na si臋 nauczy膰 nawet od zmar艂ych. 鈥 Jego g艂os odbi艂 si臋 echem w pogr膮偶aj膮cym si臋 w mroku lesie. 鈥 Przed nami d艂uga droga 鈥 zauwa偶y艂 Gared. 鈥 Osiem dni, mo偶e dziewi臋膰, a ju偶 zapada noc. Ser Waymar zerkn膮艂 na niego oboj臋tnie. 鈥 Codziennie zapada mniej wi臋cej o tej samej porze. Gared, czy偶by艣 ba艂 si臋 ciemno艣ci? Will widzia艂 艣ci膮gni臋te usta Gareda i b艂yski gniewu w jego oczach schowanych pod czarnym kapturem grubego p艂aszcza. Od czterdziestu lat Gared s艂u偶y艂 w Nocnej Stra偶y i nie przywyk艂, by traktowano go lekcewa偶膮co. Ale nie tylko o to chodzi艂o. Will wyczuwa艂 jeszcze co艣 pod zranion膮 dum膮 starca. Mo偶na by艂o to wyczu膰 niemal namacalnie; nerwowe napi臋cie granicz膮ce ze strachem. Will podziela艂 ten niepok贸j. Od czterech lat s艂u偶y艂 na Murze. Kiedy po raz pierwszy wys艂ano go na zewn膮trz, w jednej chwili przypomnia艂 sobie wszystkie dawne opowie艣ci, 偶e a偶 go zemdli艂o. P贸藕niej wydawa艂o mu si臋 to 艣mieszne. Teraz mia艂 ju偶 za sob膮 ze sto wypraw i niestraszne mu by艂o ciemne odludzie. W ten spos贸b po艂udniowcy nazywali nawiedzany las. Tak by艂o a偶 do dzisiaj, poniewa偶 tego wieczoru by艂o inaczej. Opadaj膮ca na las ciemno艣膰 sprawia艂a, 偶e czu艂 dreszcz na ca艂ym ciele. Przez dziewi臋膰 dni jechali na p贸艂noc, potem na p贸艂nocny zach贸d i znowu na p贸艂noc. Oddalali si臋 coraz bardziej od Muru w pogoni za band膮 dzikich grabie偶c贸w. Ka偶dy kolejny dzie艅 stawa艂 si臋 bardziej niezno艣ny od poprzedniego. Dzisiejszy okaza艂 si臋 najgorszy ze wszystkich. Li艣cie szele艣ci艂y niczym 偶ywe stworzenia, poruszane wiej膮cym z p贸艂nocy zimnym wiatrem. Przez ca艂y dzie帽 Will mia艂 wra偶enie, 偶e co艣 ich obserwuje, co艣 zimnego i nieust臋pliwego, co z pewno艣ci膮 nie darzy艂o go sympati膮. Gared podziela艂 jego odczucia. Will pragn膮艂, by jak najszybciej pop臋dzili i schronili si臋 za bezpiecznym Murem, lecz nie m贸g艂 tego powiedzie膰 swojemu dow贸dcy. A ju偶 na pewno nie takiemu dow贸dcy. Ser Waymar Royce by艂 najm艂odszym synem starego rodu posiadaj 膮cego zbyt wielu przodk贸w. By艂 przystojnym, osiemnastoletnim m臋偶czyzn膮 o szarych oczach i niezwykle szczup艂ej sylwetce. Rycerz patrzy艂 z g贸ry ze swojego czarnego rumaka na Willa i Gareda, kt贸rzy jechali na drobniejszych koniach. Ubrany by艂 w czarne sk贸rzane buty, czarne we艂niane spodnie, czarne r臋kawice z kreciej sk贸ry i wspania艂e okrycie, kt贸re stanowi艂a czarna l艣ni膮ca kolczuga na- 艂o偶ona na warstwy czarnej we艂ny i garbowanej sk贸ry. Ser Waymar s艂u偶y艂 w Nocnej Stra偶y od niespe艂na p贸艂 roku, lecz nie mo偶na by艂o powiedzie膰, 偶e nie przygotowa艂 si臋 do swojego zaj臋cia. Przynajmniej je艣li chodzi o stroje. Szczeg贸lnego blasku dodawa艂o mu jego futro z soboli: czarne jak noc, grube i mi臋kkie niczym grzech. 鈥瀂a艂o偶臋 si臋, 偶e sam je

No Comments

Kogo wyko艅czy nowy kryzys ?

Wprowadzaj膮c w 偶ycie elementy edukacji finansowej, mo偶esz ju偶 w miesi膮c po lekturze „Bud偶etu domowego pod ostrza艂em” zobaczy膰 dodatkowe pieni膮dze na Twoim koncie.

Ta publikacja poka偶e Tobie w prosty spos贸b, jak skutecznie zadba膰 o finanse osobiste, „utrzyma膰” przy sobie pieni膮dze, kt贸re uda Ci si臋 zachowa膰 – godzina po godzinie. Pomy艣l tylko, co zostanie z Twoich zasob贸w finansowych, je偶eli nie opanujesz sztuki zarz膮dzania domowym bud偶etem?

Czy jeste艣 zainteresowana/y聽 sp艂aci膰 kredyt hipoteczny dwa razy szybciej ?

Mateusz Ch艂odnicki wys艂a艂 mi t臋 ksi膮偶k臋 i poprosi艂 o napisanie, co o niej s膮dz臋. Zanim podj膮艂em si臋 jej opisania, zrobi艂em pewien eksperyment w swoim 偶yciu. Postanowi艂em przez tydzie艅 wprowadzi膰 jak najwi臋cej zmian w sposobie zarz膮dzania domowymi finansami.

Wypisa艂em wszystkie mo偶liwe sposoby na m膮dre gospodarowanie pieni臋dzmi z ksi膮偶ki „Bud偶et domowy pod ostrza艂em” i z o艂贸wkiem w r臋ku wprowadza艂em je w 偶ycie. Odwiedzi艂em bank, wykona艂em kilka telefon贸w, zmieni艂em nawyki dotycz膮ce robienia zakup贸w. Po tygodniu okaza艂o si臋, 偶e bez wi臋kszego wysi艂ku czy wyrzecze艅 uda艂o mi si臋 zaoszcz臋dzi膰 248 z艂otych, kt贸re wcze艣niej wydawa艂em bezsensownie.

Oczywi艣cie wszystkich zmian nie da si臋 wprowadzi膰 w tydzie艅. Nie op艂aca si臋 np. zrywa膰 przed czasem niekorzystnej umowy z telefoni膮 kom贸rkow膮, gdy偶 zwi膮zane jest to z du偶ymi kosztami. Jednak wi臋kszo艣膰 porad mo偶na wprowadza膰 ju偶 godzin臋 po lekturze, a jedynym problemem jest to, czym zaj膮膰 si臋 najpierw.

Najwi臋ksze wra偶enie robi jednak fakt, 偶e je偶eli policzymy wszystkie pieni膮dze, kt贸re bezsensownie tracimy przez nieumiej臋tno艣膰 zarz膮dzania nimi przez okres, powiedzmy, 30 lat, to najpewniej otrzymamy sum臋, za kt贸r膮 mo偶emy kupi膰 nowe, dwupokojowe mieszkanie w mniejszym mie艣cie.

Gdy policzymy… po 30 latach mo偶esz mie膰 172 698 z艂 na koncie !

W艂a艣nie obliczy艂em, 偶e je艣li t臋 kwot臋 – 248 z艂otych – b臋d臋 odk艂ada艂 co miesi膮c przez 30 lat (co prawda zaoszcz臋dzi艂em tyle w tydzie艅, ale wystarczy, 偶e od艂o偶臋 tak膮 sum臋 raz w miesi膮cu) na zwyk艂e konto oszcz臋dno艣ciowe 4%, to po tym czasie mia艂bym dok艂adnie 172 698 z艂. Za to mo偶na spokojnie kupi膰 mieszkanie w mniejszym mie艣cie, albo przynajmniej pom贸c sobie w sp艂aci膰 kredyt.

Miros艂aw Skwarek – autor Z艂otych Porad Tygodnia

Prawdopodobnie zdarza Ci si臋 z niepokojem oblicza膰 domowe wydatki i ze zdziwieniem patrze膰 na to, co dzieje si臋 z Twoim kontem. Gdy starasz si臋 zrozumie膰 sw贸j rodzinny bud偶et, najwi臋ksz膮 zagadk膮 okazuje si臋 fakt, 偶e wi臋cej pieni臋dzy wyp艂ywa z Twojego konta ni偶 na nie wp艂ywa. My艣l膮c logicznie, nie da si臋 wyla膰 ca艂ej szklanki wody, gdy wcze艣niej wype艂ni艂o si臋 j膮 tylko do po艂owy. Niestety coraz cz臋艣ciej s艂yszy si臋 o tym, 偶e gospodarstwa domowe maj膮 coraz wi臋ksze problemy z p艂aceniem za rachunki czy uzbieraniem na rat臋 kredytu. Dlatego bez jakiegokolwiek wahania mog臋 艣mia艂o powiedzie膰, 偶e…

Ta ksi膮偶ka mo偶e uratowa膰 Twoje finanse ju偶 kilka miesi臋cy po wprowadzeniu tych zasad w 偶ycie.

Czego konkretnie dowiesz si臋 na temat inteligencji finansowej:

  • Ksi膮偶ka zawiera niezliczon膮 ilo艣膰 porad i podpowiedzi, kt贸re po wdro偶eniu pozwol膮 (w najbardziej pesymistycznym wariancie) zaoszcz臋dzi膰 do kilku tysi臋cy z艂otych rocznie (oczywi艣cie w zale偶no艣ci od Twoich dochod贸w).
  • Praktycznie pod ka偶d膮 rad膮 znajdziesz sum臋, kt贸r膮 mo偶esz „uratowa膰”.
  • Dowiesz si臋, jak wykorzysta膰 m膮dre gospodarowanie pieni臋dzmi w ka偶dym obszarze 偶ycia.
  • Poznasz najwi臋kszych ukrytych „z艂odziei”, kt贸rzy rujnuj膮 zarobione przez Ciebie pieni膮dze. Od prozaicznych op艂at, kt贸rych nie musisz wnosi膰, po dobra konsumpcyjne, kt贸rych w og贸le nie potrzebujesz.
  • Poznasz niezliczone obszary, kt贸re mog膮 generowa膰 dla Ciebie powa偶ne zasoby finansowe. B臋dziesz w szoku, 偶e codziennie przechodzimy obok poka藕nego pliku pieni臋dzy, kt贸rych nie potrafimy podnie艣膰 i w艂o偶y膰 do portfela.„Niby wszyscy wiedz膮, jak oszcz臋dza膰, ale dlaczego im si臋 nie udaje, skoro to jest takie proste?”

    Pewnie dlatego, 偶e wi臋kszo艣ci ludzi s艂owo „oszcz臋dzanie” kojarzy si臋 z wyrzeczeniami czy zmniejszczeniem standardu 偶ycia. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, 偶e niekt贸re koszty ponosimy zupe艂nie nie艣wiadomie i niepotrzebnie. Rezygnacja z nich nie przyniesie nam absolutnie 偶adnych emocjonalnych strat. Przyniesie natomiast dodatkowe banknoty w portfelu.

    Ten ebook nauczy Ci臋, jak m膮drze zarz膮dza膰 domowym bud偶etem; poka偶e Ci, co w Twoim 偶yciu z偶era ukryte pieni膮dze. Nie chodzi o to, aby nie wydawa膰 pieni臋dzy, chodzi o to, 偶eby wydawa膰 je z g艂ow膮.

    Dlaczego nie potrafimy utrzyma膰 przy sobie pieni臋dzy, a nasz domowy bud偶et przypomina pole bitwy?

    Codziennie nasz domowy bud偶et jest po ostrza艂em 偶ony, m臋偶a, dzieci… no i my sami bombardujemy go coraz to lepszymi pomys艂ami na wyci膮ganie z niego maksymalnie tyle, ile si臋 da. Ca艂y sekret polega na poznaniu praw, kt贸re rz膮dz膮 finansami. Mo偶esz si臋 tego nauczy膰, rozpoczynaj膮c dzisiaj edukacj臋 finansow膮.

    Prawdopodobnie jednym z powod贸w braku podstaw edukacji finansowej jest fakt, 偶e nikt jeszcze nie napisa艂 prostego poradnika, kt贸ry krok po kroku wskaza艂by, co robi膰, aby zapanowa膰 nad bud偶etem i wydawa膰 dok艂adnie tyle, ile trzeba

    Potrzeba Ci kilkaset z艂otych miesi臋cznie wi臋cej na sp艂at臋 raty kredytu ?

    Je偶eli potrafi臋 wej艣膰 w stan, w kt贸rym obecnie si臋 znajdujesz, to prawdopodobnie gdzie艣 w g艂臋bi Twojego m贸zgu rodzi si臋 pytanie Czy rzeczywi艣cie ta ksi膮偶ka jest dla mnie? Pozw贸l, 偶e odbij臋 pi艂eczk臋 i zapytam Ci臋:

  • Czy 偶yjesz od pierwszego do pierwszego i marzysz o tym, aby poczu膰 finansowy spok贸j?
  • By膰 mo偶e starcza Ci do pierwszego, ale mo偶e chcia艂by艣 mie膰 oszcz臋dno艣ci?
  • Czy chcia艂by艣 lepiej zapanowa膰 nad domowym bud偶etem?
  • Sp艂acasz kredyt na start, kt贸ry wzi膮艂e艣 przy otwarciu firmy i w zwi膮zku z tym, 偶e zmieni艂a si臋 sytuacja gospodarcza?聽
  • Masz nasz膮 gwarancj臋, 偶e znajdziesz brakuj膮c膮 sum臋. Potrzebne s膮 dwa elementy: Twoja konsekwencja w m膮drym zarz膮dzaniu finansami i przewodnik napisany przez Adriana Hinca. Je偶eli tak si臋 nie stanie, napisz do nas – my zwr贸cimy Ci sum臋 Twojej inwestycji w t臋 ksi膮偶k臋.

    Wydawaj m膮drze i ciesz si臋 „wyczarowanymi” pieni臋dzmi

    Oto kilka pyta艅, na kt贸re za chwil臋 znajdziesz odpowied藕:

  • Jak wybra膰 sprz臋t RTV i AGD, kt贸ry oszcz臋dzi dla Ciebie kilkaset z艂otych w skali roku?
  • W jaki spos贸b u偶ywa膰 laptopa, 偶eby osi膮gn膮膰 podw贸jn膮 oszcz臋dno艣膰?
  • Ile pieni臋dzy kradnie z Twojego bud偶etu niewinnie wygl膮daj膮ce konto bankowe?
  • Jak je藕dzi膰 do pracy, oszcz臋dzaj膮c oko艂o 200 z艂otych miesi臋cznie?
  • Jak zmniejszy膰 do minimum op艂aty za Internet?
  • W jaki spos贸b dzwoni膰 do bliskiej Ci osoby za granic膮 bez ponoszenia zb臋dnych koszt贸w?
  • Czego nigdy nie powiedz膮 Ci sprzedawcy w sklepie na temat okazyjnych rat?Odpowiedzi na te i na setki innych pyta艅 dotycz膮cych m膮drego zarz膮dzania bud偶etem za chwil臋 wywo艂aj膮 burz臋 w Twoim my艣leniu o bogactwie. Pozostaje mi tylko 偶yczy膰 Ci fascynuj膮cej i wielogodzinnej zabawy w Twojej edukacji finansowej. Zadbaj m膮drze o swoje pieni膮dze.
No Comments

Henning Mankell ujawnia kim by艂 wcze艣niej Kurt Wallande...

Ujawniamy pocz膮tki kariery s艂ynnego komisarza Wallandera.聽 Opowiadania Henninga Mankella ukazuj膮 20 nieznanych do tej pory lat z 偶ycia Wallandera. Jak ka偶dy do艣wiadczony glina, Kurt Wallander by艂 kiedy艣 偶贸艂todziobem. O tym na razie wiemy niedu偶o 鈥 tylko z jego wspomnie艅 pojawiaj膮cych si臋 w powie艣ciach. Jakie musia艂 przej艣膰 pr贸by? O czym marzy艂 m艂ody policjant, zanim trafi艂 do wydzia艂u kryminalnego?

Na te i na wiele innych pyta艅 odpowie 5 opowiada艅 kryminalnych, kt贸re w Szwecji ukaza艂y si臋 w zbiorze zatytu艂owanym 鈥濸iramida鈥. Pierwsze z nich to:

Cios

Malmo, 1969 rok, demonstracje przeciw wojnie w Wietnamie, Wallander ma dwadzie艣cia jeden lat i zacz膮艂 niedawno prac臋 jako zwyk艂y policjant. Jego s膮siad ginie w niejasnych okoliczno艣ciach, ale Kurt podejrzewa, 偶e zosta艂 zamordowany. Jednak偶e hipoteza samob贸jstwa jest dla policji wygodniejsza….

Szczelina

Wigilia 1975 roku, asystent komisarza Kurt Wallander wybiera si臋 do domu ale na pro艣b臋 szefa ma jeszcze sprawdzi膰 zg艂oszenie od w艂a艣cicielki ma艂ego sklepu. Na miejscu znajduje martw膮 kobiet臋 i zostaje og艂uszony. Odzyskawszy przytomno艣膰, widzi zamaskowanego cz艂owieka. Napastnik mierzy do Wallandera z pistoletu i nie odzywa si臋 ani s艂owem.

No Comments

W angielskim ogrodzie

ebook w angielskim ogrodzieJoanna poznaje przystojnego ogrodnika Marcha, kt贸ry od pierwszej chwili wywiera na niej du偶e wra偶enie. On r贸wnie偶 okazuje jej swoje zainteresowanie i szybko nabiera pewno艣ci, 偶e jest ona kobiet膮, z kt贸r膮 chcia艂by sp臋dzi膰 reszt臋 偶ycia. Ich romans kwitnie, dop贸ki Joanna nie dowiaduje si臋, 偶e March nie jest tym, za kogo si臋 podaje. Okazuje si臋, 偶e nie tylko zarz膮dza ogrodami w Arnborough Hall, ale jest w艂a艣cicielem ca艂ej zabytkowej posiad艂o艣ci. Joanna nie jest gotowa przyj膮膰 na siebie presji :

W angielskim ogrodzie Catherine George

Po wyj艣ciu z budynku popo艂udniowe s艂o艅ce o艣lepia艂o. Wyci膮gn膮艂 z kieszeni ciemne okulary i poszed艂 skr贸tem za szklarniami, by wymin膮膰 d艂ugi sznur wy艂adowanych w贸zk贸w na g艂贸wnej alejce. Zwr贸ci艂 uwag臋 na ten prowadzony przez bardzo atrakcyjn膮 dziewczyn臋, ale westchn膮艂 ci臋偶ko na widok dw贸ch m臋偶czyzn, kt贸rzy do niej podeszli. Jeden z nich trzyma艂 za r臋k臋 kilkuletni膮 dziewczynk臋. Oczywi艣cie by艂a zaj臋ta, a w dodatku znacznie m艂odsza od m臋偶a. Co za szcz臋艣ciarz. Gdy podszed艂 bli偶ej, dziewczyna u艣miechn臋艂a si臋 do niego promiennie. 鈥 Przepraszam, czy m贸g艂by mi pan powiedzie膰, gdzie znajd臋 zimowe bratki? 鈥 Oczywi艣cie. Zaprowadz臋 pani膮 鈥 odrzek艂 grzecznie, got贸w zaprowadzi膰 j膮 cho膰by na koniec 艣wiata. 鈥 Dzi臋kuj臋. 鈥 Pochyli艂a si臋 i poca艂owa艂a dziewczynk臋 w policzek. 鈥 Id藕 z tatusiem i dziadkiem. 鈥 Ale ja chc臋 i艣膰 z tob膮 鈥 odrzek艂a ma艂a buntowniczo. 鈥 Kochanie, jest gor膮co, a tam, gdzie mieszkaj膮 bratki, jest jeszcze gor臋cej. Popro艣 tat臋, 偶eby kupi艂 ci loda. Na to magiczne s艂owo dziewczynka natychmiast pobieg艂a w stron臋 ojca. 鈥 Spotkamy si臋 przy wyj艣ciu 鈥 zawo艂a艂a za ni膮 matka i przenios艂a wzrok na przewodnika. 鈥 Mo偶emy i艣膰. Prowadzi艂 j膮 bardzo okr臋偶n膮 drog膮, t艂umacz膮c sobie, 偶e m膮偶 mo偶e przez kilka minut obej艣膰 si臋 bez jej towarzystwa. Przy barwnych rabatach z bratkami przej膮艂 kontrol臋 nad w贸zkiem i uzyska艂 kolejny promienny u艣miech. 鈥 Jakie pi臋kne! Macie tu wspania艂e ro艣liny. 鈥 Cz臋sto tu pani przychodzi? 鈥 Nie, jestem po raz pierwszy. Mama przys艂a艂a mnie z misj膮. Mam jej kupi膰 jak najwi臋cej r贸偶owych bratk贸w oraz troch臋 偶贸艂tych i bia艂ych. 鈥 A fioletowych nie? 鈥 zdziwi艂 si臋. 鈥 Nie. Dzi臋kuj臋 za pomoc, ale na pewno jest pan zaj臋ty. Teraz ju偶 dam sobie rad臋. 鈥 Mog臋 pani po艣wi臋ci膰 jeszcze kilka minut. 鈥 A nawet godzin, pomy艣la艂. 鈥 Prosz臋 wybiera膰, a ja b臋d臋 艂adowa艂. Przez ca艂y czas przypatrywa艂 jej si臋 ukradkiem. By艂 pewien, 偶e musia艂 j膮 ju偶 gdzie艣 widzie膰, ale za nic nie m贸g艂 sobie przypomnie膰 gdzie. W d偶insach i bia艂ej koszulce, przewi膮zana swetrem w pasie, mia艂a zachwycaj膮co zaokr膮glone kszta艂ty. Jej w艂osy, proste i g臋ste, na wysoko艣ci brody podwini臋te do wewn膮trz, mia艂y kasztanowy odcie艅, ale zwr贸cone na niego oczy w kszta艂cie migda艂贸w by艂y ciemnobr膮zowe. 鈥 Wystarczy ju偶, bo zbankrutuj臋 鈥 za艣mia艂a si臋 w ko艅cu. 鈥 Mamy bardzo rozs膮dne ceny 鈥 zapewni艂 j膮. 鈥 Nie w膮tpi臋, 偶e tak, ale ju偶 wcze艣niej troch臋 zaszaleli艣my. Bardzo dzi臋kuj臋 za pomoc. 鈥 Ca艂a przyjemno艣膰 po mojej stronie. 鈥 Przywo艂a艂 kr膮偶膮cego w pobli偶u pomocnika. 鈥 Zaprowad藕 pani膮 do kasy, a potem do g艂贸wnego wyj艣cia. 鈥 D艂ugo ci臋 nie by艂o 鈥 zauwa偶y艂 ojciec. 鈥 Ma艂a ju偶 si臋 zaczyna艂a niepokoi膰. 鈥 Przepraszam, ale te bratki by艂y bardzo daleko. 鈥 Jo u艣miechn臋艂a si臋 i doda艂a: 鈥 Chocia偶 droga z powrotem okaza艂a si臋 znacznie kr贸tsza. Jack Logan wymownie uni贸s艂 brwi. 鈥 Zdaje si臋, 偶e zosta艂a艣 wyprowadzona na manowce. 鈥 Prawie dos艂ownie. Bardzo mi to pochlebia. M贸j przewodnik by艂 niezmiernie przystojny. 鈥 Jestem zm臋czona 鈥 j臋kn膮艂 cichy g艂osik. Ojciec odgarn膮艂 ciemne loki z twarzy dziewczynki. 鈥 Dobrze, kotku. Wracamy do domu, do mamy. Jo, ty tu zostajesz? Zawaha艂a si臋, ale skin臋艂a g艂ow膮. 鈥 W ko艅cu po to przyjecha艂am oddzielnym samochodem, 偶eby obejrze膰 sobie posiad艂o艣膰. Przekonam si臋, jak 偶yje lepsza cz臋艣膰 spo艂ecze艅stwa. 鈥 Mog臋 zosta膰 z tob膮 鈥 zaproponowa艂 dziadek, ale Jo potrz膮sn臋艂a g艂ow膮. 鈥 Widz臋, 偶e jeste艣 zm臋czony. Wracaj do domu z Jackiem i Kitty. Zadzwoni臋 p贸藕niej i sprawdz臋, jak si臋 czuje Kate. Jack zmarszczy艂 brwi. 鈥 Mam nadziej臋,偶e zosta艂a w 艂贸偶ku, tak jak obieca艂a.

ci膮g dalszy

No Comments

Szeptem

Przejmuj膮ca, wzruszaj膮ca i niezwykle intymna opowie艣膰, mo偶na rzec: spowied藕 kobiety, kt贸ra ma przed sob膮 tylko jeden dzie艅 偶ycia. Smutna, bo tak ma na imi臋, zabiera Czytelnika w podr贸偶 do Przesz艂o艣ci i Przysz艂o艣ci, balansuj膮c na linie Tera藕niejszo艣ci, kt贸ra z ka偶d膮 minut膮 staje si臋 Przesz艂o艣ci膮. W tym przedziwnym ta艅cu z czasem i przestrzeni膮 odwiedza Niebo, Czy艣ciec i Piek艂o.

Szeptem Monika Sawicka

To ksi膮偶ka o 偶yciu pe艂nym tak bliskich Ci historii, 偶e czytaj膮c poczujesz przenikaj膮ce ci臋 ciep艂o i ch艂贸d, rado艣膰 i smutek, a mo偶e nawet strach. Zako艅czenie Ci臋 zaskoczy, a Twoje 偶ycie nabierze nowego wymiaru:

B贸g da艂 ka偶dej istocie ludzkiej, jaka kiedykolwiek istnia艂a, Anio艂a Str贸偶a, aby chroni艂 j膮 przed z艂ymi anio艂ami, kt贸re nazywa si臋 diab艂ami lub demonami. B贸g stworzy艂 ogromn膮 ilo艣膰 Anio艂贸w, zanim stworzy艂 ludzi. Przetestowa艂 ich, by zobaczy膰, czy b臋d膮 kocha膰 Jego czy siebie samych. Lucyfer, kt贸ry mia艂 by膰 najwspanialszym ze wszystkich anio艂贸w, przewodzi艂 rewolcie przeciw Bogu, a pod膮偶y艂y za nim wszystkie inne dumne anio艂y czy demony, kt贸re zosta艂y wydalone z nieba do piek艂a. Nie znajdowa艂y si臋 one w艂a艣ciwie w najwy偶szym Niebie, pozwolono im jedynie przebywa膰 we wspania艂ej obecno艣ci Boga, gdy zda艂y test wolnej woli. Nie wiemy, ilu z nich si臋 zbuntowa艂o, ale wierzymy, 偶e by艂a to mniejszo艣膰 spo艣r贸d stworzonych Anio艂贸w. Dobre Anio艂y s膮 po naszej stronie i bardzo nas kochaj膮, a demony nienawidz膮 nas, chc膮 nas oszuka膰 i skaza膰 na wieczne pot臋pienie w piekle razem z nimi. Anio艂y zosta艂y wyposa偶one w ogromn膮 wiedz臋 o Bogu, wi臋c te, kt贸re Go odrzuci艂y, wiedzia艂y dok艂adnie, co robi膮, dlatego te偶 ich pot臋pienie by艂o sprawiedliwe i szybkie. U偶y艂y swojej wolnej woli, by odrzuci膰 Boga i chc膮, by艣my zrobili to samo. Pewien cz艂owiek chcia艂 zobaczy膰 i niebo, i piek艂o. Pragn膮艂 tego z ca艂ego serca, poniewa偶 mia艂 w膮tpliwo艣ci, czy istniej膮, a je艣li tak, to czy naprawd臋 tak pi臋knie jest w jednym, jak strasznie w drugim. Jak wiadomo, to, czego gor膮co pragniemy staje si臋 rzeczywisto艣ci膮 i tak te偶 by艂o w tym przypadku. Pewnego dnia pojawi艂 si臋 jego Anio艂 Str贸偶 i powiedzia艂: 鈥 Chc臋 spe艂ni膰 Twoje pragnienie, jeste艣 bowiem Cz艂owiekiem i zas艂ugujesz na to, aby Twoje marzenia si臋 spe艂nia艂y, zas艂ugujesz na rado艣膰 i szcz臋艣cie. I zapyta艂: 鈥 Dok膮d najpierw chcesz i艣膰? I Cz艂owiek odpowiedzia艂: 鈥 Poka偶 mi najpierw piek艂o! I poszli. Szli do艣膰 d艂ugo. Krajobraz zmienia艂 si臋. W miar臋, jak przybli偶ali si臋 do celu stawa艂 si臋 coraz bardziej dziki i straszny. Sucha, spalona trawa, kikuty martwych drzew, sp臋kana wyschni臋ta ziemia. Doszli wreszcie do pi臋knej zapewne kiedy艣 posiad艂o艣ci. Zardzewia艂a, skrzypi膮ca brama poprowadzi艂a ich do pi臋knego kiedy艣 ogrodu, gdzie zobaczyli zdzicza艂e, skar艂owacia艂e drzewa i zeschni臋te, pokryte zgni艂ymi trawami kwiaty. W ogrodzie sta艂 pi臋kny kiedy艣 dom. Obecnie mia艂 pourywane okiennice, dziurawy dach, pot艂uczone szyby w oknach. Z domu tego dochodzi艂y nieprzyjemne odg艂osy: kto艣 j臋cza艂, kto艣 g艂o艣no kl膮艂, kto艣 komu艣 ur膮ga艂. I Cz艂owiek zajrza艂 do wn臋trza i zobaczy艂 Ludzi, kt贸rzy siedzieli jeden obok drugiego przy suto zastawionym stole. W powietrzu unosi艂 si臋 zapach przer贸偶nych smako艂yk贸w. Ale ludzie mieli przymocowane do r膮k 艂y偶ki z bardzo d艂ugimi trzonkami i ka偶da pr贸ba podania sobie do ust k臋sa ko艅czy艂a si臋 niepowodzeniem. Ludzie ci byli g艂odni, spragnieni. By艂o im 藕le, k艂贸cili si臋 ze sob膮, p艂akali nad swym losem. 鈥 Dosy膰! Zaprowad藕 mnie teraz do nieba 鈥 powiedzia艂 Cz艂owiek do swego Anio艂a Str贸偶a. I poszli. Im bardziej oddalali si臋 od piek艂a, tym krajobraz coraz bardziej si臋 zmienia艂; stawa艂 si臋 coraz pi臋kniejszy. W miejsce wyschni臋tej trawy pojawi艂a si臋 zielona, pachn膮ca 艂膮ka. Zamiast czarnych kikut贸w drzew zaszumia艂y nad nimi wspania艂e d臋by, zielone brzozy, pachn膮ce sosny. Doszli wreszcie do wspania艂ej, kutej z 偶elaza bramy, przez kt贸r膮 weszli do cudnego, kolorowego ogrodu. Drzewa przyja藕nie szumia艂y. Na klombach ros艂y kwiaty, kt贸re mieni艂y si臋 wszystkimi kolorami t臋czy. Wypiel臋gnowana aleja zaprowadzi艂a ich do pi臋knego, kolorowego domu, z kt贸rego dobiega艂y 艣miechy, weso艂e g艂osy, 艣piew. I Cz艂owiek zajrza艂 do 艣rodka i zobaczy艂 ludzi, kt贸rzy siedzieli jeden obok drugiego przy suto zastawionym stole. W powietrzu unosi艂 si臋 zapach przer贸偶nych smako艂yk贸w, a ludzie mieli przywi膮zane do r膮k 艂y偶ki z bardzo d艂ugimi trzonkami… Ale nawet nie pr贸bowali nimi sami je艣膰. Na艂o偶one na 艂y偶ki k臋sy podawali swym towarzyszom. I tak, karmi膮c si臋 nawzajem, byli syci, zadowoleni, pe艂ni mi艂o艣ci do wszystkiego, co ich otacza. A mi艂o艣膰 ta sprawia艂a, 偶e wszystko w ich otoczeniu by艂o pi臋kne, kolorowe, przepe艂nione ciep艂em i mi艂o艣ci膮. I Cz艂owiek zrozumia艂, 偶e r贸偶nica pomi臋dzy niebem i piek艂em jest i du偶a i niewielka zarazem. Wystarczy, bowiem rozejrze膰 si臋 dooko艂a, zobaczy膰 innych ludzi, otoczy膰 ich sw膮 trosk膮, podzieli膰 si臋 tym, czego mamy do艣膰 i przyj膮膰 od nich to, czego nam brakuje.3 Jestem tu po to teraz z Tob膮, 偶eby Ci to udowodni膰. T膮 r贸偶nic臋. Czy ja te偶 p贸jd臋 do Nieba? Za godzin臋, dwie, czy mo偶e o p贸艂nocy? Niebo musi istnie膰, bo Ziemia nie pachnie jak dom. To Peter Kreft. Ja nie jestem taka m膮dra. Nie jestem te偶 dobra. A ca艂e moje 偶ycie my艣la艂am, 偶e jestem dobrym cz艂owiekiem. Myli艂am si臋. Nie po raz pierwszy zreszt膮. A tu, masz, babo, placek! Okaza艂o si臋, 偶e 偶aden dobry ze mnie cz艂owiek, tylko chory. Wsp贸艂uzale偶niony … dalej

No Comments

1Q84 tom 1

W mistrzowski spos贸b zbudowane fantastyczne postacie, krzy偶uj膮 艣cie偶ki po przez r贸wnoleg艂e 艣wiaty w zatartych granicach mi臋dzy rzeczywisto艣ci膮 a literatur膮. 1Q84 to opowiadana na przemian historia kobiety i m臋偶czyzny, Aomame i Tengo, sensacyjna, chwilami wr臋cz przera偶aj膮ca. Oboje w dzieci艅stwie dobrze si臋 znali i wszystko wskazuje na to, 偶e ich 艣cie偶ki znowu si臋 skrzy偶uj膮. Ona jest instruktork膮 sztuk walki, a po godzinach perfekcyjn膮 morderczyni膮. On 鈥 wyk艂adowc膮 matematyki, a w wolnych chwilach pocz膮tkuj膮cym pisarzem i redaktorem. Aomame dostaje si臋 do r贸wnoleg艂ej rzeczywisto艣ci…

Haruki Murakami

Prosz臋 si臋 nie da膰 zwie艣膰 pozorom

Z radia p艂yn臋艂y d藕wi臋ki muzyki klasycznej. Stacja FM nadawa艂a Sinfoniett臋 Jan谩膷ka. Nie by艂a to mo偶e najodpowiedniejsza muzyka do s艂uchania w stoj膮cej w korku taks贸wce. Kierowca nie wydawa艂 si臋 szczeg贸lnie w ni膮 ws艂uchany. W milczeniu obserwowa艂 nieko艅cz膮ce si臋 rz臋dy samochod贸w przed sob膮. Wygl膮da艂 zupe艂nie jak do艣wiadczony rybak, kt贸ry, stoj膮c na dziobie, usi艂uje dostrzec, gdzie 艂膮cz膮 si臋 niebezpieczne pr膮dy. Aomame zapad艂a g艂臋boko w siedzenie i lekko zmru偶ywszy oczy, s艂ucha艂a. Ilu ludzi na 艣wiecie potrafi艂oby rozpozna膰 Sinfoniett臋 Jan谩膷ka, s艂ysz膮c zaledwie jej pocz膮tek? Prawdopodobnie ich liczba mie艣ci艂a si臋 gdzie艣 pomi臋dzy 鈥瀊ardzo niewielu鈥 albo 鈥瀙rawie nikt鈥. Ale Aomame z jakiego艣 powodu si臋 to uda艂o.聽聽 Jan谩膷ek skomponowa艂 ten kr贸tki utw贸r w 1926 roku. Pierwsza cz臋艣膰 zosta艂a napisana jako fanfara na jakie艣 zawody sportowe. Aomame wyobrazi艂a sobie Czechos艂owacj臋 w 1926 roku. Pierwsza wojna 艣wiatowa niedawno dobieg艂a ko艅ca, nar贸d zosta艂 wreszcie wyzwolony spod d艂ugiego panowania dynastii Habsburg贸w, ludzie pili w kawiarniach piwo pilzne艅skie, produkowali zimne i ca艂kowicie realne karabiny maszynowe i cieszyli si臋 kr贸tkotrwa艂ym pokojem, kt贸ry zapanowa艂 w Europie 艢rodkowej. Franz Kafka odszed艂 z tego 艣wiata dwa lata wcze艣niej w niefortunnych okoliczno艣ciach. Niebawem mia艂 pojawi膰 si臋 nie wiadomo sk膮d Hitler i w jednej chwili 艂akomie po偶re膰 ten zaciszny, pi臋kny kraj, ale w贸wczas jeszcze nikt nie wiedzia艂, 偶e dojdzie do takich strasznych wydarze艅. By膰 mo偶e najwa偶niejsz膮 prawd膮, jakiej uczy nas historia, jest to, 偶e 鈥瀗ikt nigdy nie wie, co b臋dzie dalej鈥. S艂uchaj膮c muzyki, Aomame wyobra偶a艂a sobie 艂agodny wietrzyk na r贸wninach Czech i rozmy艣la艂a o tym, czym jest historia.聽聽 W 1926 roku zmar艂 Jego Cesarska Mo艣膰 cesarz Taish艒 i rozpocz臋艂a si臋 era Sh艒wa. W Japonii te偶 lada chwila mia艂 nadej艣膰 mroczny, z艂y okres. Ko艅czy艂o si臋 kr贸tkie intermezzo modernizmu i demokracji, rozprzestrzenia艂 si臋 faszyzm. Aomame kocha艂a histori臋 na r贸wni ze sportem. Raczej nie czyta艂a powie艣ci, poch艂ania艂a za to niezliczone ksi膮偶ki zwi膮zane z histori膮, w kt贸rej szczeg贸lnie podoba艂o jej si臋 to, 偶e wszystkie fakty z zasady 艂膮czy艂y si臋 z okre艣lon膮 dat膮 i miejscem. Do艣膰 艂atwo przychodzi艂o jej zapami臋tywanie historycznych dat. Nawet je偶eli nie wyku艂a ich na pami臋膰, automatycznie same si臋 nasuwa艂y, kiedy zrozumia艂a kontekst wydarze艅. W gimnazjum i liceum Aomame mia艂a ze sprawdzian贸w z historii najlepsze stopnie w klasie. Zawsze dziwi艂a si臋 ludziom maj膮cym trudno艣ci z zapami臋tywaniem historycznych dat. Dlaczego nie potrafi膮 czego艣 tak prostego, my艣la艂a. Naprawd臋 mia艂a na nazwisko Aomame. Dziadek ze strony ojca pochodzi艂 z prefektury Fukushima i podobno w jego rodzinnym miasteczku, a mo偶e wsi w g贸rach, naprawd臋 偶y艂o kilka os贸b nosz膮cych nazwisko Aomame. Ona sama nigdy tam nie by艂a. Zanim si臋 urodzi艂a, ojciec zerwa艂 stosunki z domem rodzinnym. Tak samo matka. Dlatego Aomame nigdy nie pozna艂a swoich dziadk贸w ani bab膰. Rzadko podr贸偶owa艂a, ale kiedy mia艂a okazj臋 zatrzyma膰 si臋 gdzie艣 w hotelu, przegl膮da艂a ksi膮偶ki telefoniczne, 偶eby sprawdzi膰, czy nie znajdzie kogo艣 o nazwisku Aomame. Jednak w 偶adnym mie艣cie ani miasteczku nikogo takiego nie znalaz艂a. Zawsze czu艂a si臋 wtedy tak samotna, jak rozbitek na bezkresie oceanu. Przedstawianie si臋 by艂o dla niej k艂opotliwe. Gdy tylko wymienia艂a swoje nazwisko, rozm贸wca patrzy艂 na ni膮 zaskoczony albo speszony. Pani Aomame? Tak. Pisze si臋 jak aoi, czyli zielony, i mame, czyli fasolka. Ao-mame. Kiedy pracowa艂a w firmie, cz臋sto u偶ywa艂a wizyt贸wek i za ka偶dym razem kwestia jej nazwiska urasta艂a do rangi problemu. Rozm贸wca wpatrywa艂 si臋 zazwyczaj w bia艂y kartonik, zupe艂nie jakby nieoczekiwanie

No Comments

Polski hydraulik i inne opowie艣ci ze Szwecji

Dlaczego szwedzki wymiar sprawiedliwo艣ci jest pob艂a偶liwy dla zbrodniarza wojennego, ale nie zna lito艣ci dla jego ofiary? Jak wyt艂umaczy膰, 偶e polski hydraulik na plakatach zwi膮zk贸w zawodowych wygl膮da jak prostytutka? Jak to si臋 sta艂o, 偶e po czterech latach japo艅skiej niewoli szwedzcy marynarze z okr臋tu M/S Ningpo zamiast otrzyma膰 ordery, trafili do aresztu za niep艂acenie podatk贸w? Czy to nie dziwne, 偶e policjanci z miasteczka Borl盲nge ju偶 jesieni膮 wiedzieli, 偶e zaniemog膮 w zimie? I dlaczego tak cz臋sto choruj膮, mieszkaj膮c w najczystszym kraju Europy?

Polski Hydraulik

Widmo kr膮偶y po Europie 鈥 widmo polskiego hydraulika. Polak z kluczem do rur, le plombier polonais, pojawi艂 si臋 we francuskiej debacie wiosn膮 2005 roku i zmieni艂 bieg historii. Upi贸r ze Wschodu, kt贸ry mia艂 odebra膰 zarobek panu Dupontowi, przerazi艂 Francuz贸w do tego stopnia, 偶e powiedzieli 鈥瀗ie鈥 tej samej Europie bez granic, kt贸r膮 sami wcze艣niej wymy艣lili. Wielu Polak贸w najpierw zafrapowa艂o, 偶e ich w臋druj膮cy rzemie艣lnik storpedowa艂 projekt konstytucji europejskiej. Potem poczuli si臋 docenieni. Je艣li stu pi臋膰dziesi臋ciu polskich hydraulik贸w (wi臋cej ich nie by艂o) mog艂o spowodowa膰 panik臋 w kraju, w kt贸rym brakuje oko艂o sze艣ciu tysi臋cy plombiers, to w polskiej sztuce hydraulicznej musi by膰 co艣 szczeg贸lnego. Wkr贸tce Polska Organizacja Turystyczna przygotowa艂a stron臋 internetow膮, na kt贸rej przystojny hydraulik (beztrosko, a jednak jak偶e obiecuj膮co, z kolankiem w gar艣ci) uspokaja Francuz贸w, 偶e nie przyjedzie, za to oni s膮 mile widziani w Polsce, i to jak najliczniej. I roze艣mia艂a si臋 ca艂a Europa. Najweselej 艣miali si臋 Brytyjczycy, kt贸rzy zawsze pr贸bowali zrani膰 francusk膮 pych臋, ale nigdy im si臋 to nie udawa艂o. 呕yjemy w osobliwych czasach. P贸艂tora wieku od Manifestu Komunistycznego (鈥濿idmo kr膮偶y po Europie 鈥 widmo komunizmu鈥) robotnik znowu budzi trwog臋. Tym razem nie wymachuje sztandarem, nie pr贸buje obali膰 ustroju, nie wygl膮da nawet na m艣ciciela krzywd. Chce tylko pracowa膰. Zaprawd臋 nie 偶膮da zbyt wiele. I w艂a艣nie to przera偶a. 呕e tak ma艂o 偶膮da. Dwie艣cie lat temu, na przyk艂ad, spierano si臋 w Europie o granice. Zawsze znalaz艂 si臋 kto艣, kto chcia艂 je przenosi膰. Teraz 鈥 i przez wiele jeszcze lat 鈥 b臋dziemy si臋 spiera膰 o ludzi, kt贸rzy przenosz膮 si臋 sami, ci膮gn膮c za sob膮 granice niewidzialne. Ingerencja polskiego hydraulika w histori臋 Francji to tylko pocz膮tek d艂u偶szego dramatu. On namiesza jeszcze w wielu krajach. Sp贸jrzcie tylko, ju偶 przekszta艂ci艂 Dani臋 w twierdz臋, sprowokowa艂 szwedzkich zwi膮zkowc贸w, 偶eby krzyczeli do 艁otyszy: 鈥濭o home!鈥. Ten w臋druj膮cy rzemie艣lnik ma przedziwne zdolno艣ci. Mi臋dzy innymi korumpuje praworz膮dnych zazwyczaj obywateli. Kiedy wspominam szwedzkiej kole偶ance, 偶e mam na tapecie polskiego hydraulika, ta a偶 dostaje wypiek贸w: 鈥 Co! Znasz jakiego艣? Jest wolny? Cudzoziemiec z uniwersalnym kluczem do rur 艣ni si臋 jej po nocach. Nie odwa偶臋 si臋 przytoczy膰 epitet贸w, jakimi okre艣la rodzimych spec贸w. Najwyra藕niej zwykli zostawia膰 j膮 z ciekn膮cymi rurami, zapa膰kanymi 艣cianami i s艂onym rachunkiem. Najbardziej oburza j膮 wspomnienie ich drogich samochod贸w. Tak wi臋c ca艂a jej nadzieja w hydrauliku w ma艂ym samochodzie na zagranicznej rejestracji. Hydraulik Markus z Karlstadu w Szwecji skr臋ca rury w dzielnicy Lysaker Brygge nad iordem Oslo. Markus nie ma jeszcze dwudziestu lat i jest niecierpliwy. Chce mie膰 bmW, a w Norwegii zarabia prawie dwa razy wi臋cej ni偶 u siebie. Dziesi膮tki tysi臋cy szwedzkich gastarbeiter贸w je藕dzi do Norwegii w pogoni za lepszymi warunkami pracy. Znajdziesz ich na budowach, w portach, przy robotach drogowych. Norweski kapita艂 nie narzeka. 鈥 Norwedzy obijaj膮 si臋 鈥 mo偶na us艂ysze膰. Szwedzi s膮 bardziej elastyczni, maj膮 wy偶sze morale i haruj膮 od 艣witu do nocy. 鈥 Jeste艣my tu po to, 偶eby pracowa膰, a nie w jakim艣, kurcz臋, kurorcie 鈥 m贸wi Markus. Teraz Miko艂aj jest brygadzist膮 鈥 buduje w Warszawie elegancki wie偶owiec i zarabia tysi膮c pi臋膰set z艂otych na miesi膮c, czyli dwa razy wi臋cej ni偶 pracownik naukowy w Kijowie, ale dziesi臋膰 procent mniej od Polaka z s膮siedniego rusztowania. 鈥 Czasem my艣l臋, 偶e to niesprawiedliwe, ale co poradzi膰? Zreszt膮, to si臋 jeszcze wyr贸wna. Pytam, gdzie mam go szuka膰 za pi臋膰 lat. W Szwecji? Nie, raczej w Londynie. 鈥 Chc臋 si臋 uczy膰 j臋zyk贸w. Wtedy chyba b臋d臋 mia艂 w艂asn膮 irm臋. Znajduj膮 si臋 i tacy, co przeskakuj膮 kilka szczebli. Jak Janis Runcis (nazwisko zmienione) z Ventspils w zachodniej 艁otwie. Odbiera mnie z przystanku autobusowego swoim olbrzymim dodge鈥檈m interped 2000. Staram si臋 pokaza膰, 偶e jestem pod wra偶eniem, ale niepotrzebnie. 鈥 Pos艂uchaj, jaka tandeta 鈥 Janis stuka w tablic臋 rozdzielcz膮. Okazuje si臋, 偶e to plastik. 鈥 艁otysze maj膮 艣wira na punkcie Jankes贸w. Tak膮 gablot臋 mo偶na zaparkowa膰 na 艣rodku skrzy偶owania i nikt si臋 nie przyczepi. Limuzyn臋 sprowadzi艂 z uSA (鈥瀖o偶na je tam kupi膰 za grosze鈥), 偶eby sprzeda膰 j膮 jakiemu艣 rodakowi bez gustu. Sam chcia艂by mie膰 volvo S70, bo wygl膮da na ma艂e, cho膰 jest du偶e. Ceni sobie szwedzk膮 dyskrecj臋. Jego nowy dom budzi zgorszenie w Ventspils. 鈥 Wygl膮da jak barak 鈥 m贸wi膮 ludzie. 鈥 Powinna by膰 ceg艂a, czemu budujesz z drewna? Janis je藕dzi do Szwecji od dziesi臋ciu lat. Najpierw pilnowa艂 dzieci, p贸藕niej skroba艂 艂odzie, budowa艂 pomosty i domki letnie. Teraz g艂贸wnie remontuje wille. Dlaczego w Szwecji nie ma rzemie艣lnik贸w? Czy wszyscy postanowili zosta膰 gwiazdami w telewizji? 鈥 Ludzie dzwoni膮 ca艂y czas 鈥 m贸wi Runcis. 鈥 Janis 鈥 t艂umacz臋 鈥 to przecie偶 nielegalne. 鈥 Wiem, ale co mam zrobi膰? Nie chc臋 偶y膰 jak moi rodzice.
Maciej Zaremba Bielawski

czytaj wi臋cej…

No Comments

Klub Dumas

Klub Dumas

Nag艂y b艂ysk flesza rzuci艂 na 艣cian臋 salonu cie艅 trupa. Zw艂oki wisia艂y nieruchomo pod lamp膮 na 艣rodku pokoju. W miar臋 jak fotograf je okr膮偶a艂, co chwila zwalniaj膮c migawk臋 aparatu, cie艅 k艂ad艂 si臋 na obrazach, gablotach z porcelan膮, rega艂ach z ksi膮偶kami i rozsuni臋tych zas艂onach ukazuj膮cych wielkie okna, za kt贸rymi pada艂 deszcz.

S臋dzia rejonowy wygl膮da艂 na cz艂owieka m艂odego. Jego rzadkie, potargane w艂osy by艂y jeszcze mokre, podobnie jak p艂aszcz od deszczu przerzucony przez rami臋. Obok na sofie przysiad艂 sekretarz, zapisuj膮c na ustawionej na krze艣le przeno艣nej maszynie jego spiesznie dyktowane zdania. Klekot klawiszy nadawa艂 rytm monotonnemu potokowi s艂贸w s臋dziego i komentarzom rzucanym z cicha przez krz膮taj膮cych si臋 wok贸艂 policjant贸w:

鈥 Ubrany w pi偶am臋 i w narzucony na wierzch fartuch, kt贸rego pasek spowodowa艂 zgon przez uduszenie. R臋ce denata zwi膮zane z przodu krawatem. Na prawej stopie bambosz, lewa stopa bosa鈥

S臋dzia dotkn膮艂 nogi w kapciu. Zw艂oki zako艂ysa艂y si臋 lekko na napr臋偶onym jedwabnym pasku, przywi膮zanym do haka, na kt贸rym zawieszona by艂a lampa. Najpierw z lewa na prawo, potem w przeciwnym kierunku, coraz s艂abiej, by zatrzyma膰 si臋 wreszcie jak ig艂a magnesu, kt贸ra po kr贸tkim wahaniu ponownie wskazuje p贸艂noc. S臋dzia odsun膮艂 si臋 i, lekko pochylony, wymin膮艂 umundurowanego policjanta, kt贸ry szuka艂 na pod艂odze 艣lad贸w linii papilarnych. Wala艂y si臋 tam skorupy rozbitego wazonu i otwarta ksi膮偶ka: mo偶na by艂o dostrzec fragment tekstu podkre艣lony na czerwono. By艂 to stary egzemplarz Wicehrabiego de Bragelonne, tania edycja oprawna w p艂贸tno. Nachylaj膮c si臋 przez rami臋 funkcjonariusza, s臋dzia rzuci艂 okiem na zaznaczone zdania:

鈥炩 Jestem zdradzony 鈥 szepn膮艂. 鈥 Wiedz膮 o wszystkim.

鈥 Zawsze wszyscy o wszystkim wiedz膮 鈥 odpar艂 Portos, kt贸ry nie wiedzia艂 o niczym鈥1.

Poleci艂 sekretarzowi zapisa膰 to w raporcie i do艂膮czy膰 ksi膮偶k臋 do materia艂u dowodowego. Sam podszed艂 ku wysokiemu m臋偶czy藕nie, pal膮cemu papierosa ko艂o otwartego okna.

鈥 I co pan na to? 鈥 spyta艂, staj膮c obok.

Na kieszeni sk贸rzanej kurtki dryblasa widnia艂a odznaka policyjna. M臋偶czyzna zwleka艂 z odpowiedzi膮, dopalaj膮c zaci艣ni臋tego w dw贸ch palcach peta, kt贸rego wreszcie wyrzuci艂 przez okno, nie patrz膮c nawet za siebie.

鈥 Je艣li mamy do czynienia z bia艂ym p艂ynem, i do tego w butelce, to zazwyczaj chodzi o mleko 鈥 odrzek艂 wreszcie nieco zagadkowo, nie na tyle jednak, by na twarzy s臋dziego nie pojawi艂 si臋 nik艂y u艣miech. S臋dzia 鈥 w przeciwie艅stwie do policjanta 鈥 spogl膮da艂 na ulic臋, gdzie wci膮偶 la艂o jak z cebra. W tym momencie drzwi si臋 otworzy艂y i nag艂y przeci膮g opryska艂 mu twarz kropelkami deszczu.

鈥 Zamknijcie te drzwi 鈥 powiedzia艂, nie odwracaj膮c g艂owy, po czym odezwa艂 si臋 do oficera:

鈥 Bywaj膮 zab贸jstwa upozorowane na samob贸jstwo.

鈥 I na odwr贸t 鈥 doda艂 spokojnie wysoki policjant.

鈥 A co pan powie o r臋kach i krawacie?

鈥 Niekt贸rzy boj膮 si臋, 偶e w ostatniej chwili po偶a艂uj膮. Inaczej mia艂by je zwi膮zane na plecach.

鈥 To niczego nie zmienia 鈥 zaoponowa艂 s臋dzia. 鈥 Pasek jest cienki i mocny. W momencie utraty gruntu pod nogami nie da艂by rady, nawet gdyby r臋ce mia艂 swobodne.

鈥 Wszystko jest mo偶liwe. B臋dziemy m膮drzejsi po sekcji.

S臋dzia ponownie rzuci艂 okiem na wisielca. Funkcjonariusz zbieraj膮cy odciski palc贸w podnosi艂 si臋 z pod艂ogi z ksi膮偶k膮 w d艂oniach.

鈥 Ciekawa sprawa z t膮 ksi膮偶k膮.

Wysoki policjant wzruszy艂 ramionami.

鈥 Raczej niewiele czytam 鈥 rzek艂. 鈥 Ale ten Portos to jeden z tych鈥 jak im鈥 Atos, Portos, Aramis i d鈥橝rtagnan 鈥 wylicza艂, przesuwaj膮c kciukiem po palcach drugiej d艂oni, po czym zamy艣li艂 si臋. 鈥 Zabawne. Zawsze mnie zastanawia艂o, czemu nazywaj膮 ich trzema muszkieterami, skoro tak naprawd臋 by艂o ich czterech.

Arturo Perez-Reverte

przeczytaj wi臋cej …

No Comments

Mg艂a – opowiadanie

Dzwonek zerwa艂 mnie ze snu o 艣wicie. D艂ugi, ostry, jakby rozpaczliwy. Spojrza艂am na szarzej膮cy prostok膮t okna nad g艂ow膮: nie by艂o ju偶 ca艂kiem ciemno, ale do wschodu s艂o艅ca jeszcze daleko. Dzwonienie nie ustawa艂o. Nikt nie wydzwania o tej porze bez istotnego powodu. Dlatego zdecydowa艂am si臋 wsta膰, na艂o偶y膰 szlafrok i kurtk臋, wyj艣膰 na zewn膮trz, do furtki…
Kupi艂am ten dom niedawno. Le偶a艂 na ko艅cu niewielkiej wioski, w dolince, na skraju lasu. Uciek艂am tu przed 艣wiatem, przed n臋kaj膮cymi mnie demonami nieudanego 偶ycia, przed sam膮 sob膮. My艣la艂am mgli艣cie 鈥 zaczn臋 wszystko od nowa. Nie mia艂am poj臋cia jak, ale to miejsce wydawa艂o mi si臋 do tego stworzone. Taka cisza, taki spok贸j. Niemal dziewicza przyroda, blisko, na wyci膮gni臋cie r臋ki… Lasy i wzg贸rza, oddzielaj膮ce miejscowo艣膰 od cywilizacji, od pogoni za z艂udzeniami, ta wioska, jak z innego 艣wiata, nawet ludzie inni ni偶 wsz臋dzie: zamkni臋ci w sobie, spokojni, z dystansem. Tak jakby oni wszyscy 鈥 podobnie, jak ja 鈥 znale藕li tu sw贸j azyl, swoj膮 samotni臋.
Gdy z trudem odryglowa艂am skrzypi膮ce drzwi, powia艂o ch艂odem. Jesie艅. Wilgotne powietrze wdar艂o si臋 w moje p艂uca, przylgn臋艂o do ciep艂ej od snu twarzy. Wzdrygn臋艂am si臋.
Przy furtce sta艂a jaka艣 posta膰, oparta o sztachety, wczepiona w nie palcami. Podesz艂am bli偶ej. Kobieta. Sprawia艂a wra偶enie zamroczonej, mo偶e pijanej…
鈥 S艂ucham 鈥 odezwa艂am si臋 niech臋tnie. 鈥 Pani do mnie?
Nie odpowiedzia艂a, przygl膮da艂a mi si臋 d艂u偶sz膮 chwil臋, jakby w niemym zdumieniu. By艂a upiornie blada, tyle tylko zdo艂a艂am zauwa偶y膰 w zamglonej szar贸wce.
鈥 Pani do mnie? 鈥 powt贸rzy艂am, zniecierpliwiona.
鈥 Ja… 鈥 odezwa艂a si臋 wreszcie schrypni臋tym g艂osem. 鈥 Ja tu mieszkam…
鈥 Myli si臋 pani! 鈥 odpar艂am, teraz ju偶 naprawd臋 z irytacj膮. By艂am 艣pi膮ca i marz艂am. 鈥 To ja tutaj mieszkam. To jest m贸j dom, prosz臋 pani.
By艂am pewna, 偶e 鈥 pijana albo na膰pana 鈥 pomyli艂a posesje. Jaka艣 degeneratka. W tym momencie dostrzeg艂am jednak w ja艣niej膮cym powoli powietrzu 鈥 a mo偶e moje oczy przywyk艂y po prostu do szaro艣ci 鈥 co艣 jakby zadrapania i krew na jej twarzy i czole. Przestraszy艂am si臋.
鈥 Czy mo偶na pani w czym艣 pom贸c? 鈥 wykrztusi艂am.
鈥 Ja tu mieszkam… 鈥 powt贸rzy艂a z uporem.
鈥 Nie, nie mieszka tu pani 鈥 zacz臋艂am przekonywa膰 j膮 gor膮czkowo, jakbym ba艂a si臋 uwierzy膰 w jej s艂owa. 鈥 Ale mo偶e mog艂abym gdzie艣 zadzwoni膰? Kim pani jest? Jak si臋 pani nazywa?
Cisza. Dzwoni膮ca w uszach, pe艂na napi臋cia cisza. Kobieta unios艂a g艂ow臋, spojrza艂a mi prosto w twarz. Nasze oczy spotka艂y si臋 i znieruchomia艂y… Patrzy艂a na mnie pusto, bez emocji, lecz swoim wzrokiem przykuwa艂a moje spojrzenie. Nie mog艂am oderwa膰 od niej oczu. A偶 w ko艅cu poczu艂am zawr贸t g艂owy. Dzwonienie w uszach nasili艂o si臋, mg艂a zg臋stnia艂a. 艢wiat skurczy艂 si臋, ograniczy艂 tylko do 藕renic tej kobiety.
Dalej ju偶 nic nie pami臋tam. Musia艂am straci膰 przytomno艣膰.
Ockn臋艂am si臋 w lesie. By艂am sama. Nadal by艂o ciemno, nawet jeszcze ciemniej, mo偶e dlatego, 偶e wok贸艂, jak okiem si臋gn膮膰, ros艂y drzewa, tysi膮ce drzew. Z trudem rozr贸偶nia艂am ich kszta艂ty. Poprzez nagie ga艂臋zie prze艣wieca艂o tylko blade 艣wiat艂o ksi臋偶yca. Dlatego pomy艣la艂am sobie w pierwszej chwili, 偶e up艂yn臋艂o niewiele czasu. By艂am w szoku; dopiero po d艂u偶szej chwili zacz臋艂am zastanawia膰 si臋, co si臋 w艂a艣ciwie wydarzy艂o.
Z trudem podnios艂am si臋. Moje nogi dr偶a艂y, w ca艂ym ciele czu艂am b贸l. T臋py, pulsuj膮cy b贸l. Unios艂am r臋ce do twarzy, poczu艂am wilgo膰 鈥 inn膮 ni偶 ta wisz膮ca w powietrzu; z艂owrog膮, g臋st膮. Krzykn臋艂am, gdy z bliska przyjrza艂am si臋 swoim d艂oniom: by艂y lepkie od krwi… Jestem ranna, pomy艣la艂am. Kto艣 mi co艣 zrobi艂. Przypomnia艂am sobie kobiet臋 u mojej furtki. Ona musia艂a to zrobi膰! Ale jak… i dlaczego?!…
Nie wiedzia艂am, gdzie jestem. Wci膮偶 czu艂am b贸l i md艂o艣ci. Resztk膮 si艂 powlok艂am si臋 jednak przed siebie. Zaczyna艂o 艣wita膰. Rozpaczliwie kluczy艂am mi臋dzy drzewami i g臋stymi, ostrymi krzakami, kieruj膮c si臋 wy艂膮cznie instynktem. I艣膰 tam, gdzie ja艣niej… tam drzewa si臋 przerzedzaj膮. Ku kra艅com lasu. Wielokrotnie upada艂am, prosto w igliwie, martwe li艣cie i mech. Podrapa艂am sobie twarz i r臋ce. Pot艂uk艂am i tak ju偶 obola艂e mi臋艣nie. By艂am ca艂a mokra. 艁zy pomieszane z krwi膮 p艂yn臋艂y mi po twarzy. Wo艂a艂am pomocy, m贸j g艂os wsi膮ka艂 jednak w cisz臋 i mg艂臋, jakby t艂umiony wilgotn膮 gaz膮. Nikt mnie nie s艂ysza艂. Mimo to brn臋艂am dalej, z wysi艂kiem, przed siebie…
Kilkakrotnie zn贸w zapada艂am w ciemno艣膰 i pustk臋, z twarz膮 w zbutwia艂ych li艣ciach, po czym budzi艂am si臋 z zimna i b贸lu. W swoich majakach wci膮偶 widzia艂am niewyra藕n膮 posta膰 tamtej tajemniczej kobiety. Ksi臋偶yc blad艂. Szarza艂o.
Cud nast膮pi艂, gdy ju偶 traci艂am nadziej臋. Chcia艂am podda膰 si臋, zasn膮膰. Lecz nagle ujrza艂am, 偶e las si臋 przerzedza. Ostatkiem si艂 dobrn臋艂am do jego skraju.
Znalaz艂am si臋 na drodze. Znajomej drodze. Drodze do domu. Wzd艂u偶 niej, z okolicznych 艂膮k podnosi艂a si臋 mg艂a.
Zataczaj膮c si臋 jak pijana sz艂am szybko, coraz szybciej, potykaj膮c si臋 鈥 byle pr臋dzej! Byle znale藕膰 schronienie w bezpiecznych czterech 艣cianach. Zabarykadowa膰 si臋, schowa膰, owin膮膰 w ten dom jak w kokon. Przemkn臋艂o mi przez my艣l, 偶e prawdopodobnie zastan臋 dom okradziony, spl膮drowany, ogo艂ocony ze swoich rzeczy. Ale nie przejmowa艂am si臋 tym, nie teraz. A mo偶e tak nawet by艂oby lepiej? Po偶egna膰 si臋 z przesz艂o艣ci膮. Zapomnie膰, zerwa膰 ze wszystkim, co by艂o, sta膰 si臋 zupe艂nie kim艣 innym…
Min臋艂am znajomy modrzew, potem jeszcze dwa m艂ode 艣wierczki. Zaraz za nimi ujrza艂am pocz膮tek swojego ogrodzenia, sczernia艂y ze staro艣ci drewniany p艂ot… Furtka…
Dom wygl膮da艂 spokojnie, jak zawsze. Cichy, u艣piony. Nacisn臋艂am klamk臋 furtki 鈥 nie ust膮pi艂a. Potrz膮sn臋艂am ni膮. 艁zy nap艂yn臋艂y mi do oczu. Ogrodzenie by艂o wysokie, furtka zamkni臋ta na g艂ucho. Dom pochyla艂 si臋 nade mn膮 niewzruszony, oboj臋tny.
Zabrak艂o mi si艂. Ledwo sta艂am na nogach. Opar艂am si臋 ca艂ym cia艂em o p艂ot, czo艂o przycisn臋艂am do sztachet. Z rozpaczy i bezsilnej z艂o艣ci z ca艂ej si艂y nacisn臋艂am dzwonek.
Z g艂臋bi domu dobieg艂 mnie jego g艂uchy d藕wi臋k. Nie przestawa艂am dzwoni膰, nie wiem, dlaczego 鈥 chyba tylko po to, 偶eby s艂ysze膰 ten odg艂os, znajomy, swojski odg艂os dzwonka, d藕wi臋k domu.
Ale nagle us艂ysza艂am szcz臋k zamka i skrzypienie otwieranych drzwi. Nawet si臋 nie przestraszy艂am. By艂o mi ju偶 wszystko jedno. Krew ciep艂膮 stru偶k膮 sp艂ywa艂a mi po policzku, przesta艂am czu膰 w艂asne cia艂o. Do furtki zmierza艂a kobieta. Nie widzia艂am jej dobrze w tej mglistej szaro艣ci, w dodatku ta krew zalewa艂a mi oczy.
鈥 S艂ucham 鈥 odezwa艂a si臋, przygl膮daj膮c mi si臋 niech臋tnie. 鈥 Pani do mnie?
Nie mog艂am wykrztusi膰 s艂owa. Pomy艣la艂am sobie, 偶e to tylko sen, koszmarny sen.
鈥 Pani do mnie? 鈥 powt贸rzy艂a.
Us艂ysza艂am zniecierpliwienie w jej tonie.
鈥 Ja… 鈥 uda艂o mi si臋 wykrztusi膰 to z siebie, cho膰 przerazi艂am si臋 s艂ysz膮c w艂asny, schrypni臋ty g艂os. 鈥 Ja tu mieszkam…
Zapami臋ta艂am jeszcze, 偶e kobieta pyta艂a mnie o co艣 鈥 nie wiem, o co 鈥 podczas gdy pogr膮偶a艂am si臋 coraz g艂臋biej we mgle. Jej g艂os dochodzi艂 do mnie niczym z tunelu. Poprzez mg艂臋 widzia艂am twarz kobiety, jej oczy wpatrywa艂y si臋 w moje oczy…
Rozpozna艂am j膮. To by艂am ja.
To by艂a moja twarz…
W chwil臋 po tym, gdy 艣wiat skurczy艂 si臋 do wpatrzonych we mnie 藕renic, ponownie ogarn臋艂a mnie ciemno艣膰.
Obudzi艂am si臋 le偶膮c na zimnym bruku, zaraz przy furtce, po wewn臋trznej stronie podw贸rka. By艂o ju偶 zupe艂nie jasno, przez postrz臋pione chmury prze艣wieca艂o zimne, jesienne s艂o艅ce. Furtka by艂a zamkni臋ta, dom otwarty i cichy. Wszystko znajdowa艂o si臋 na swoim miejscu. Jak w transie b艂膮ka艂am si臋 po swoim domu, dotyka艂am sprz臋t贸w, witaj膮cych mnie znajom膮 chropowato艣ci膮 lub g艂adkim po艂yskiem fraktur. Przesun臋艂am d艂oni膮 po mi臋kkiej we艂nie kanapowej narzuty, zostawiaj膮c na niej brunatne 艣lady b艂ota i… czego艣 jeszcze, lepkiego, czerwonego. Spojrza艂am w lustro. Po mojej twarzy, z rany na czole sp艂ywa艂a krew, krzepn膮c powoli na policzku.
Ale to na pewno od upadku…

 

autor : Anna Klejzerowicz

No Comments
Kursy j臋zykowe audio | Kredyt bez BIK | Kredyt na Start
code by hosting freelancer