FreeBooKs.PL

Home
         

DARMOWE EBOOKI DLA CIEBIE

POBIERAJ ZA FREE

zapisz si臋 na newsletter i czytaj za free
Twoje Imi臋:

Na gor膮cym uczynku. Harlan Coben

Wiedzia艂em, 偶e po otwarciu tych czerwonych drzwi moje 偶ycie legnie w gruzach.
Tak, to brzmi melodramatycznie i z艂owieszczo, a ja nie jestem sk艂onny do jednego czy drugiego, i to prawda, 偶e te czerwone drzwi wcale nie wygl膮da艂y gro藕nie. W istocie by艂y zupe艂nie zwyczajne, drewniane i cztero – p艂ycinowe, takie, jakie widuje si臋 na frontach trzech z ka偶dych czterech podmiejskich dom贸w, z wyblak艂膮 farb膮, nieu偶ywan膮 ju偶 przez nikogo ko艂atk膮 na wysoko艣ci piersi oraz klamk膮 z imitacji mosi膮dzu. Jednak kiedy si臋 do nich zbli偶a艂em, w blasku odleg艂ej latarni ledwo o艣wietlaj膮cym mi drog臋, to ciemne przej艣cie by艂o niczym paszcza gotowa po艂kn膮膰 mnie ca艂ego, i nie mog艂em odp臋dzi膰 z艂ych przeczu膰. Ka偶dy kolejny krok wymaga艂 ogromnego wysi艂ku, jakbym szed艂 nie po lekko pop臋kanym chodniku, lecz po jeszcze niezastyg艂ym cemencie. Moje cia艂o s艂a艂o wszystkie klasyczne sygna艂y zagro偶enia. Ciarki przebiegaj膮ce po plecach? Owszem. W艂osy staj膮ce d臋ba? Tak. Sw臋dzenie nasady karku? By艂o. Mrowienie sk贸ry na g艂owie? Jak najbardziej. Okna domu by艂y ciemne, w 偶adnym nie pali艂o si臋 艣wiat艂o. Chynna uprzedzi艂a mnie, 偶e tak b臋dzie. To miejsce nie wiadomo dlaczego wydawa艂o si臋 troch臋 zbyt sztampowe, zbyt niepozorne. To z jakiego艣 powodu mnie niepokoi艂o. Ponadto dom sta艂 na samym ko艅cu 艣lepej uliczki, nieco odosobniony, i majaczy艂 w ciemno艣ci, jakby chcia艂 odp臋dzi膰 intruz贸w.
Nie podoba艂 mi si臋. Nie podoba艂o mi si臋 to wszystko, ale tym si臋 zajmuj臋. Kiedy zadzwoni艂a Chynna, w艂a艣nie zako艅czy艂 si臋 mecz dru偶yny koszyk贸wki Newark Biddy, czwartoklasist贸w ze 艣r贸dmie艣cia, kt贸rej by艂em trenerem. Dru偶yna, kt贸ra sk艂ada艂a si臋 z dzieci, tak jak ja wychowywanych w rodzinach zast臋pczych (nazwali艣my si臋 NoRents, co jest skr贸tem od No Parents聽 1 i przejawem wisielczego humoru), zdo艂a艂a w ci膮gu dw贸ch ostatnich minut straci膰 sze艣ciopunktow膮 przewag臋. Na boisku tak samo jak w 偶yciu NoRents nie radz膮 sobie pod presj膮. Chynna zadzwoni艂a, kiedy zbiera艂em moich m艂odych koszykarzy na pomeczow膮 przemow臋, w kt贸rej zazwyczaj przekazywa艂em im takie buduj膮ce i wnikliwe uwagi, jak: 鈥濪ali艣cie z siebie wszystko鈥, 鈥瀂a艂atwimy ich nast臋pnym razem鈥 lub 鈥濶ie zapomnijcie, 偶e gramy w nast臋pny czwartek鈥, i zawsze ko艅cz膮c膮 si臋 has艂em 鈥瀂warci鈥, po kt贸rym nast臋puje ch贸ralny odzew 鈥濿 obronie!鈥, zapewne wybrany dlatego, 偶e w og贸le nam to nie wychodzi.

czytaj wi臋cej, pobierz ca艂o艣膰 ebooka

No Comments

Wyznania zakupocholiczki

Rebeka Bloomwood wie o tym doskonale, bo Rebeka Bloomood wie wszystko o zakupach. Mo偶na powiedzie膰, 偶e jest chora na robienie zakup贸w, najch臋tniej w markowych sklepach. A poniewa偶 jest skromn膮 dziennikark膮 o umiarkowanych dochodach, wi臋c na koncie ma nieustanny debet. Zmusza to j膮 do wymy艣lania niestworzonych historyjek, kt贸rymi t艂umaczy w bankach聽 op贸藕nienia w sp艂acie kredyt贸w. Rebeka wie, 偶e w ten spos贸b wp臋dza si臋 w 艣lep膮 uliczk臋. I oto nagle przedziwnym zrz膮dzeniem losu staje si臋 nieomal gwiazd膮 telewizyjn膮. Czy sprosta nowym, nieoczekiwanym wyzwaniom?

Dobrze ju偶, dobrze. Nie panikujmy. Przecie偶 to tylko rachunek za zakupy op艂acone kart膮 VISA. Jeden g贸wniany 艣wistek papieru z kup膮 cyferek, a ile krwi potrafi napsu膰 cz艂owiekowi! Wyjrza艂am z okna mojego biura wychodz膮cego na Oxford Street, kt贸r膮 akurat przeje偶d偶a艂 autobus. Zmusi艂am si臋 do otwarcia bia艂ej koperty le偶膮cej na zagraconym biurku, wmawiaj膮c sobie kolejny raz, 偶e to przecie偶 tylko jaki艣 durmy 艣wistek papieru. Nie by艂am g艂upia i dobrze wiedzia艂am, ile mo偶e wynosi膰 taki rachunek… No, powiedzmy, z grubsza wiedzia艂am. Mogli mnie skasowa膰 na jakie艣 dwie艣cie funt贸w. Ewentualnie trzysta… tak, pewnie to b臋dzie trzysta. G贸ra trzysta pi臋膰dziesi膮t!

Jakby nigdy nic, przymkn臋艂am oczy i zacz臋艂am w my艣li podlicza膰 ostatnie wydatki. A wi臋c ten kostium, kt贸ry kupi艂am w Jigsaw… Obiad z Zuz膮 u Quaglina… No i ten cudowny dywanik w czerwono-偶贸艂ty dese艅! Prawd臋 m贸wi膮c, sam tylko dywanik kosztowa艂 dwie艣cie funt贸w, ale by艂 wart t臋 sum臋. Wszyscy si臋 nim zachwycali, a ju偶 na pewno Zuza. No, a ten kostium w Jigsaw kupi艂am na wyprzeda偶y, czyli o trzydzie艣ci procent taniej. Czyli w艂a艣ciwie na nim zaoszcz臋dzi艂am! Otworzy艂am oczy i si臋gn臋艂am po rachunek, ale w tym momencie przypomnia艂am sobie o nowych soczewkach kontaktowych. Kosztowa艂y dziewi臋膰dziesi膮t pi臋膰 funt贸w, kup臋 szmalu, lecz przecie偶 musia艂am je mie膰. Mam porusza膰 si臋 po omacku, czy co? Do tego jednak potrzebne by艂y p艂yny, zgrabny futeralik i niealergizuj膮cy tusz do powiek. Ile to mo偶e by膰 razem… czterysta?

Wyznania zakupoholiczki e-book

Sophie Kinsella

No Comments

Ostatnia bitwa templariusza

Ostatnia bitwa templariuszaZ Watykanu do Sewilli wyrusza agent specjalny w sutannie, ksi膮dz Lorenzo Quart. Zanim wy艣wietli zagadk臋 tajemniczych 艣mierci, pozna jedno z najcudowniejszych miast 艣wiata, pozna jego niezwyk艂y folklor uliczny, pozna kilka fascynuj膮cych kobiet, wreszcie pozna smak dylemat贸w, przed kt贸rymi stoi wsp贸艂czesne chrze艣cija艅stwo na prze艂omie tysi膮cleci.

Arturo Perez-Reverte

Informatyczny pirat wdar艂 si臋 do centralnego systemu Watykanu jedena艣cie minut przed p贸艂noc膮. Trzydzie艣ci pi臋膰 sekund p贸藕niej w jednym z komputer贸w pod艂膮czonych do g艂贸wnej sieci uruchomi艂 si臋 alarm. By艂o to zaledwie migni臋cie na ekranie, oznaczaj膮ce automatyczne w艂膮czenie si臋 systemu zabezpiecze艅 w reakcji na wtargni臋cie kogo艣 z zewn膮trz. Nast臋pnie w rogu ekranu pojawi艂y si臋 litery HK i dy偶urny funkcjonariusz, jezuita, kt贸ry w艂a艣nie zajmowa艂 si臋 wprowadzaniem danych dotycz膮cych ostatniego spisu powszechnego w pa艅stwie papieskim, podni贸s艂 s艂uchawk臋 telefonu, by powiadomi膰 szefa obs艂ugi.

鈥 Mamy hakera 鈥 zg艂osi艂.

Zapinaj膮c sutann臋, ojciec Ignacio Arregui, te偶 jezuita, wyszed艂 na korytarz i przeszed艂 pi臋膰dziesi膮t metr贸w, dziel膮cych go od sali komputerowej. By艂 chudy i ko艣cisty, w mroku pod freskami jego buty g艂o艣no skrzypia艂y. Po drodze wyjrza艂 przez okno, w kierunku pustej Via della Tipografia i ciemnej fasady pa艂acu belwederskiego, mamrocz膮c pod nosem. Powodem z艂ego humoru by艂o bardziej wyrwanie go z drzemki ni偶 wtargni臋cie do systemu nieproszonego go艣cia. Takie wizyty zdarza艂y si臋 cz臋sto i zazwyczaj by艂y zupe艂nie nieszkodliwe, ogranicza艂y si臋 do z艂amania obwod贸w bezpiecze艅stwa zewn臋trznego, zostawa艂y po nich drobne 艣lady obecno艣ci: b艂ahe wiadomo艣ci lub niegro藕ne wirusy. Informatyczni piraci 鈥 w 偶argonie technicznym hakerzy 鈥 lubi膮, by wiedziano, 偶e z艂o偶yli wizyt臋. Najcz臋艣ciej byli to m艂odzi ch艂opcy, uwielbiaj膮cy podr贸偶e w przestrzeni wirtualnej, myszkowanie po obcych systemach w poszukiwaniu coraz trudniejszych wyzwa艅. Dla uzale偶nionych od komputera, chorych na najnowsze technologie spr贸bowanie szcz臋艣cia w Chase Manhattan Bank, Pentagonie czy Watykanie stanowi podniecaj膮c膮 przygod臋.

Dy偶urnym funkcjonariuszem by艂 ojciec Cooey, irlandzki jezuita w okularach, m艂ody i gruby. Z przej臋ciem uni贸s艂 brwi, pochylony nad klawiatur膮 komputera, 艣ledz膮c kolejne kroki pirata. Kiedy ojciec Arregui zbli偶y艂 si臋, dostrzeg艂 w jego oczach ulg臋. Lampka do pracy o艣wietla艂a doln膮 cz臋艣膰 jego twarzy.

鈥 Bardzo si臋 ciesz臋, 偶e ojciec jest tu ze mn膮.

Prze艂o偶ony stan膮艂 obok, opieraj膮c d艂onie na pulpicie w kr臋gu 艣wiat艂a i uwa偶nie wpatrywa艂 si臋 w ekran, na kt贸rym mruga艂y niebieskie i czerwone ikonki. System automatycznego poszukiwania utrzymywa艂 sta艂y kontakt z sygna艂em intruza.

鈥 Czy to co艣 powa偶nego?

鈥 Mo偶liwe.

Tylko raz w ostatnich latach zdarzy艂o si臋 co艣 powa偶nego, kiedy pewnemu piratowi uda艂o si臋 wprowadzi膰 wirusa do sieci Watykanu. Wirusy to programy rozmna偶aj膮ce si臋 w systemie a偶 do jego ca艂kowitej blokady, a w tym przypadku czyszczenie sieci i naprawa strat kosztowa艂a przesz艂o p贸艂 miliona dolar贸w. Zidentyfikowany, po d艂ugich i skomplikowanych poszukiwaniach, pirat okaza艂 si臋 szesnastolatkiem mieszkaj膮cym w jednej z wiosek na holenderskim wybrze偶u. Inne powa偶niejsze pr贸by wprowadzenia wirusa czy programu-zab贸jcy zosta艂y udaremnione zaraz na starcie 鈥 by艂y to sprawki mi臋dzy innymi pewnego m艂odego mormona z Salt Lake City, integrystycznego stowarzyszenia islamskiego z siedzib膮 w Stambule, to zn贸w jakiego艣 szalonego ksi臋dza, przeciwnika celibatu, kt贸ry nocami wy偶ywa艂 si臋 na komputerze w domu wariat贸w, dok膮d trafi艂. 脫w francuski ksi膮dz trzyma艂 ich w szachu przez p贸艂tora miesi膮ca i zosta艂 unieszkodliwiony dopiero, gdy zarazi艂 czterdzie艣ci dwa archiwa wirusem, kt贸ry blokowa艂 ekrany, wypisuj膮c na nich przekle艅stwa po 艂acinie.

Ojciec Arregui wskaza艂 palcem migaj膮cy na czerwono kursor.

鈥 Czy to nasz haker?

鈥 Tak.

鈥 Jak go ojciec nazwa艂?

Ka偶demu piratowi nadawano imi臋, 偶eby go zidentyfikowa膰 i rozpracowa膰; by艂o w艣r贸d nich wielu starych znajomych. Ojciec Cooey wskaza艂 lini臋 w prawym dolnym rogu ekranu:

鈥 Nieszpory, jak na razie. To pierwsze, co mi wpad艂o do g艂owy.

Z ekranu znikn臋艂y pewne pliki i pojawi艂y si臋 inne. Cooey przyjrza艂 si臋 im z uwag膮, nast臋pnie przesun膮艂 mysz膮 kursor na jeden z nich i dwukrotnie klikn膮艂. Teraz, kiedy mia艂 przy sobie prze艂o偶onego, na kt贸rego m贸g艂 zrzuci膰 odpowiedzialno艣膰, jego zachowanie by艂o zupe艂nie inne 鈥 spokojniejsze i bardziej wyczekuj膮ce. Dla informatycznego weterana, a m艂ody ksi膮dz nim by艂, pojawienie si臋 pirata zawsze stanowi zawodowe wyzwanie.

鈥 Jest tam od dziesi臋ciu minut 鈥 powiedzia艂, i ojcu Arregui wyda艂o si臋, 偶e us艂ysza艂 echo skrywanego podziwu w jego g艂osie. 鈥 Na pocz膮tku jedynie poszukiwa艂 w艂a艣ciwego wej艣cia. I nagle dosta艂 si臋 do 艣rodka. Musia艂 zna膰 drog臋, na pewno wcze艣niej ju偶 nas odwiedza艂.

鈥 Jakie ma zamiary?

Cooey wzruszy艂 ramionami.

鈥 Tego nie wiem. Ale pracuje sprawnie i szybko, ma potr贸jny system omijania naszej ochrony: najpierw pr贸buje prostych kombinacji nazw znanych u偶ytkownik贸w, a nast臋pnie hase艂 z naszego s艂ownika i z listy 432 odpowiedzi 鈥 m贸wi膮c to, m艂ody jezuita lekko wykrzywi艂 wargi, jakby stara艂 si臋 zetrze膰 z nich u艣miech, ca艂kowicie nie na miejscu. 鈥 Teraz poszukuje wej艣cia do INMAVATU.

Zaniepokojony ojciec Arregui zastuka艂 paznokciami w jeden z poradnik贸w technicznych, jakimi by艂 zas艂any st贸艂. INMAVAT to zastrze偶ona lista wysokich urz臋dnik贸w kurii watyka艅skiej. Mo偶na si臋 do niej dosta膰 jedynie za pomoc膮 tajnego osobistego has艂a.

鈥 Mo偶e spr贸bujemy u偶y膰 skanera 艣ledzenia? 鈥 doradzi艂.

Cooey wskaza艂 brod膮 na ekran monitora stoj膮cego na s膮siednim stole. Ju偶 o tym pomy艣la艂em, znaczy艂 gest. Po艂膮czony z policj膮 i watyka艅sk膮 sieci膮 telefoniczn膮, system ten rejestrowa艂 wszystkie dane zwi膮zane z sygna艂em u偶ytkownika; zawiera艂 nawet zasadzk臋 na haker贸w, ci膮g meandrycznych po艂膮cze艅, w kt贸rych sid艂ach zatrzymany intruz pozostawia艂 艣lady umo偶liwiaj膮ce jego zlokalizowanie i identyfikacj臋.

鈥 Niewiele tym osi膮gniemy 鈥 oceni艂 Cooey po chwili. 鈥 Nieszpory zamaskowa艂 swoje wej艣cie do systemu, skacz膮c po r贸偶nych sieciach telefonicznych. Ilekro膰 przepina si臋 z jednej do drugiej, musimy i艣膰 za 艣ladem a偶 do centrali鈥 Musia艂by zosta膰 na d艂u偶ej, 偶eby艣my cokolwiek osi膮gn臋li. Je艣li zechce nam wyrz膮dzi膰 szkod臋, zrobi to.

鈥 Czego innego mo偶e chcie膰?

鈥 Nie wiem. 鈥 Wraz ciekawo艣ci i rozbawienia zn贸w zacz膮艂 rysowa膰 si臋 na ustach m艂odego ksi臋dza, znikaj膮c natychmiast, gdy tylko podnosi艂 g艂ow臋. 鈥 Czasem wystarcza im, 偶e si臋 porozgl膮daj膮 albo zostawi膮 wiadomo艣膰. By艂 tu kapitan Zap czy co艣 takiego 鈥 przerwa艂, wpatruj膮c si臋 w monitor. 鈥 Cho膰 ten zada艂 sobie zbyt wiele trudu, 偶eby mog艂o chodzi膰 o zwyk艂膮 przechadzk臋.

Ojciec Arregui przytakn膮艂 g艂ow膮 dwukrotnie, poch艂oni臋ty 艣ledzeniem kursora na ekranie. Po czym, jakby wracaj膮c do rzeczywisto艣ci, spojrza艂 na telefon o艣wietlony przez lampk臋 i wyci膮gn膮艂 r臋k臋 w kierunku s艂uchawki; jednak zatrzyma艂 si臋 w p贸艂 gestu.

鈥 S膮dzi ksi膮dz, 偶e uda mu si臋 wej艣膰 do INMAVATU?

Cooey wskaza艂 na ekran swojego komputera.

鈥 W艂a艣nie to zrobi艂.

鈥 艢wi臋te nieba!

Teraz czerwony kursor, migaj膮c z niezwyk艂膮 szybko艣ci膮, bieg艂 wzd艂u偶 d艂ugiego ci膮gu plik贸w przemykaj膮cych po ekranie.

鈥 Dobry jest 鈥 powiedzia艂 Cooey, ju偶 nie ukrywaj膮c podziwu. 鈥 Niech mi B贸g wybaczy, ale ten haker jest naprawd臋 dobry 鈥 przerwa艂 i u艣miechn膮艂 si臋. 鈥 Diabelnie dobry.

Zapomnia艂 o klawiaturze i z 艂okciami na stole wpatrywa艂 si臋 w ekran. Pe艂na lista u偶ytkownik贸w z zastrze偶onym wst臋pem sta艂a przed jego oczyma: osiemdziesi臋ciu czterech kardyna艂贸w i najwy偶szych funkcjonariuszy, przy ka偶dym jego osobiste has艂o. Kursor przebieg艂 list臋 dwukrotnie z g贸ry na d贸艂, a potem na mgnienie oka zatrzyma艂 si臋 na linii oznaczonej V01A.

鈥 Niech go! 鈥 mrukn膮艂 ojciec Arregui.

Plik dziennika wskazywa艂 na stopniowe powi臋kszanie si臋 wewn臋trznej pami臋ci, co znaczy艂o, 偶e intruz z艂ama艂 has艂o zabezpieczaj膮ce i przekazywa艂 pirack膮 wiadomo艣膰 do adresata.

鈥 Kto to jest V01A? 鈥 spyta艂 Cooey.

Odpowiedzi nie uzyska艂 natychmiast. Ojciec Arregui rozpi膮艂 okr膮g艂y ko艂nierzyk sutanny, przejecha艂 d艂oni膮 po karku i z niedowierzaniem zn贸w spojrza艂 na ekran monitora. Nast臋pnie bardzo powoli podni贸s艂 s艂uchawk臋 i po chwili wahania wykr臋ci艂 numer pogotowia sekretariatu Pa艂acu Apostolskiego. Siedmiokrotnie rozbrzmia艂 sygna艂, zanim jaki艣 g艂os odpowiedzia艂 po w艂osku. Ojciec Arregui odchrz膮kn膮艂 i powiadomi艂, 偶e nieproszony go艣膰 dosta艂 si臋 do osobistego komputera Ojca 艢wi臋tego . . .

No Comments

80 milion贸w !

80 milion贸w ebookNie masz pieni臋dzy ? To nie wszczynaj rewolucji

3 grudnia 1981 roku dzia艂acze zwi膮zkowi podj臋li z konta NSZZ „Solidarno艣膰” regionu Dolny 艢l膮sk 80 mln z艂otych i ukryli w bezpiecznym miejscu, u metropolity wroc艂awskiego. Ujawnia okoliczno艣ci uratowania przez dolno艣l膮sk膮 Solidarno艣膰 w艂asno艣ci swoich cz艂onk贸w, zabezpieczenia jej tu偶 przed wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego przed bezprawnym zablokowaniem.

Autorka i dziennikarka Katarzyna Kaczorowska, przedstawia kulisy wydarze艅, kt贸re rozegra艂y si臋 we Wroc艂awiu jesieni膮 1981 roku

Ukrycie tych 艣rodk贸w pozwoli艂o na finansowanie dzia艂alno艣ci zwi膮zkowej po 13 grudnia 1981 roku, ale mia艂o tak偶e okre艣lone konsekwencje dla organizator贸w wydarze艅 Piotra Bednarza, Stanis艂awa Huskowskiego, J贸zefa Piniora i Tomasza Surowca.
Zwi膮zkowe 艣rodki przeznaczone by艂y m.in. na:
- zabezpieczenie materialne rodzin os贸b aresztowanych, internowanych i skazanych
- pomoc finansow膮 dla wszystkich wyrzuconych z pracy w wyniku dzia艂alno艣ci zwi膮zkowej
- zapewnienie bie偶膮cej dzia艂alno艣ci NSZZ Solidarno艣膰 w warunkach militarnej okupacji kraju,
Relacje uczestnik贸w tych zdarze艅, dokumenty i fotografie pozwalaj膮ce przyjrze膰 si臋 贸wczesnej sytuacji politycznej zach臋caj膮 do si臋gni臋cia po ksi膮偶k臋.

Oto jak przebiega艂a ta historia :

鈥濷bywatelki i Obywatele !

Wielki jest ci臋偶ar odpowiedzialno艣ci, jaka spada na mnie w tym dramatycznym momencie polskiej historii. Obowi膮zkiem moim jest wzi膮膰 t臋 odpowiedzialno艣膰 鈥 chodzi o przysz艂o艣膰 Polski, o kt贸r膮 moje pokolenie walczy艂o na wszystkich frontach wojny i kt贸rej odda艂o najlepsze lata swego 偶ycia. Og艂aszam, 偶e w dniu dzisiejszym ukonstytuowa艂a si臋 Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego. Rada Pa艅stwa, w zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadzi艂a dzi艣 o p贸艂nocy stan wojenny na obszarze ca艂ego kraju鈥.

Wojewoda wroc艂awski Janusz Owczarek nie musia艂 rano 13 grudnia 1981 roku w艂膮cza膰 telewizora, by dowiedzie膰 si臋, 偶e wszystko w Polsce si臋 zmieni艂o. O godz. 2.00 w nocy do drzwi jego poniemieckiej willi na wroc艂awskich Krzykach zadzwoni艂 cz艂onek Biura Politycznego towarzysz Tadeusz Por臋bski. Kiedy Owczarek otworzy艂 mu zaspany, z poczuciem rosn膮cego zdenerwowania, us艂ysza艂: 鈥 Mia艂e艣 si臋 dowiedzie膰, tak jak wszyscy w kraju, o 5 rano, ale nie chcia艂em czeka膰.

Podprokurator Andrzej Kaucz, cz艂onek tzw. Brygady Tygrysa, o tej porze zapewne ju偶 spa艂. Wr贸cili z 偶on膮 z imienin przyjaci贸艂ki Adeli. Kaucz po艂o偶y艂 si臋 do 艂贸偶ka z mocnym postanowieniem wczesnej pobudki 鈥 nie wytrzepa艂 w sobot臋 dywan贸w na 艣wie偶o spad艂ym 艣niegu. Budzik nastawi艂 na godz. 7.00 rano, by s膮siedzi nie widzieli, 偶e w niedziel臋 robi domowe porz膮dki. I kiedy wczesnym rankiem macha艂 trzepaczk膮, ze zdumieniem zobaczy艂 t艂umy wroc艂awian ci膮gn膮ce na msz臋 do katedry. Takim 艣witem? Zaskoczony wr贸ci艂 do mieszkania, zostawi艂 dywan, trzepaczk臋 i poszed艂 do s膮siada.

鈥 Nie wiesz, co si臋 dzieje? T艂umy wal膮 do katedry.

鈥 Stary, co ty, telewizora nie masz?! Jaruzelski wprowadzi艂 stan wojenny!

Kapitan B. z wydzia艂u 艣ledczego Komendy Wojew贸dzkiej Milicji Obywatelskiej we Wroc艂awiu te偶 by艂 na imieninach. Tam zasta艂 go telefon z rozkazem: 鈥 Masz si臋 stawi膰 na komendzie na placu Gottwalda i czeka膰 na polecenia.

B. pojecha艂 i czeka艂, jak kazali. Nie by艂o jeszcze p贸艂nocy. Willowe Kar艂owice zapada艂y w sen. Na placu przed komend膮 by艂o cicho i spokojnie. Kolejny rozkaz: 鈥 Jedziesz na Podwale.

Pojecha艂. Mkn膮c prawie pustymi ulicami, mostami Warszawskimi przez Odr臋, radiow贸z min膮艂 XIX-wieczne kamienice, Ogr贸d Botaniczny, Ostr贸w Tumski z widocznymi na nocnym niebie sylwetkami ko艣cio艂贸w. Z mostu Pokoju dojecha艂 do placu Dzier偶y艅skiego 鈥 st膮d do ogromnego budynku komendy wojew贸dzkiej, do kt贸rego w 1928 roku wprowadzi艂o si臋 Prezydium Policji w Breslau, by艂o mo偶e pi臋膰 minut jazdy autem. Przejecha艂 plac, min膮艂 fos臋 i skr臋ci艂 w biegn膮ce wzd艂u偶 niej Podwale. Wok贸艂 budynku komendy i s膮siaduj膮cej z nim prokuratury i s膮du panowa艂 niecodzienny ruch. B. m贸wi, 偶e poszed艂 do swojego pokoju, tak jak wielu innych funkcjonariuszy S艂u偶by Bezpiecze艅stwa, i czeka艂 na dalsze rozkazy. Do ogromnego gmachu zacz臋to zwozi膰 pierwsze osoby, kt贸re mia艂y zosta膰 internowane. B. m贸wi, 偶e nic nie s艂ysza艂. 呕adnego ha艂asu, szumu, p艂aczu. Ale z komendy wyszed艂 dopiero po 48 godzinach.

Pu艂kownik Czes艂aw B艂a偶ejewski, szef wroc艂awskiej SB, tej nocy nie spa艂. Dwunastego grudnia bra艂 udzia艂 w pierwszej odprawie, na kt贸rej rozdano …

cdn

No Comments

Ca艂uj膮c Hrabi臋

Polecam dzi艣 interesuj膮cy romans Susan King dla ludzi chc膮cych si臋 zrelaksowa膰 po stresuj膮cym dniu, mo偶na szczeg贸lnie poleci膰 kobietom kochaj膮cym romanse i ludziom lubi膮cym wszelkiego rodzaju historie mi艂osne.

Ta romantyczna historia ma miejsce w danej Szkocji opowiada dzieje kobiety, kt贸ra jako najm艂odsza z dzieci pastora po 艣mierci matki zosta艂a przeznaczona do opieki nad ojcem i do pozostania w staropanie艅stwie. Kobieta pogodzi艂a si臋 ze swym losem i 偶yciem pod wsp贸lnym dachem z ojcem i jego zawistn膮 siostr膮, ca艂膮 swoj膮 energi臋 i pasj臋 przelewaj膮c w mi艂o艣膰 do okolicznych g贸r i dawnych celtyckich pie艣ni. Wspomaga przy tym brata, kt贸ry potajemnie sprowadza wyp臋dzonych przez hrabiego g贸rali z okolicznych g贸r.

Okazuje si臋 jednak, ze los bywa przewrotny, wracaj膮c z jednej ze swoich g贸rskich wycieczek nagle zaczyna si臋 straszna zawieja i zadymka 艣nie偶na, a ona spotyka na swej drodze na wp贸艂 zamarzni臋tego m臋偶czyzn臋. Sama ledwo id膮c decyduje si臋 pom贸c nieznajomemu i na wp贸艂偶ywa zaci膮ga go do opuszczonej g贸rskiej chaty, 偶eby tam przeczeka膰 nawa艂nic臋. Nie wie, 偶e to jest m艂ody hrabia Kildonan, kt贸ry wr贸ci艂 w rodzinne strony po 艣mierci starego hrabiego. M艂ody hrabia chce sprzeda膰 b膮d藕 wynaj膮膰 zamek, aby m贸c regulowa膰 swe zobowi膮zania finansowe. Dziewczyna robi wszystko, aby m艂ody hrabia doczeka艂 rana, po艣wi臋caj膮c swoje zdrowie i si艂y. M艂ody hrabia boj膮c si臋 reakcji dziewczyny, gdyby si臋 dowiedzia艂a kim jest nie przyznaje si臋 do swego pochodzenia (gdy偶 stary hrabia ws艂awi艂 si臋 w okolicy niezbyt pochlebnymi dzia艂aniami i by艂 znienawidzony przez okoliczn膮 ludno艣膰). Jednak m艂odych pcha ku sobie jaka艣 nieodgadniona si艂a i mimo i偶 oboje wiedz膮, i偶 nie powinni tego robi膰 w艣r贸d burzy 艣nie偶nej, niepewno艣ci jutra dochodzi do zbli偶enia mi臋dzy nimi. Sami nie wiedz膮 co dalej z tym pocz膮膰, a tu niespodziewanie nad ranem odnajduj膮 ich pastor 鈥 ojciec dziewczyny, jej brat i miejscowy lekarz. Ich str贸j, wygl膮d i zachowanie jednoznacznie wskazuj膮 co si臋 wcze艣niej dzia艂o w pasterskiej chacie. Je艣li chcecie si臋 przekona膰: czy mo偶liwy jest zwi膮zek bogatego hrabiego z ubog膮 szlachciank膮 ? Czy bogaty hrabia pod naciskiem pastora i jego siostry zdecyduje si臋 na szybki 艣lub ? Czy zamek przejdzie w obce r臋ce ?

Opr贸cz przewodniego motywu mi艂osnego, znajdziecie tak偶e w膮tek niespe艂nionych marze艅 i ambicji oraz 偶膮dzy pieni膮dza i w艂adzy za wszelk膮 cen臋, nawet za cen臋 偶ycia i 艣mierci innych os贸b. Przy okazji odkryte zostan膮 wstydliwe tajemnice hrabiego i jego rodziny. Dla niecierpliwych dodam, i偶 jak to w bajkach dla doros艂ych bywa, zwyci臋偶a dobro, a dobrzy 偶yj膮 d艂ugo i szcz臋艣liwie.

No Comments

Nie do艣膰 martwy

Bardzo ciekawa pozycja聽 autora Peter’a James’a, dla ludzi lubi膮cych krymina艂y, z wartk膮 akcj膮, ciekaw膮 fabu艂膮.Oczywi艣cie znajdziemy tam tak偶e w膮tek mi艂osny, pocz膮tkowo przeplataj膮cy si臋 z w膮tkiem g艂贸wnym, a momentami wychodzi na prowadzenie. Przedstawia ciekawy dylemat m臋偶czyzny, kt贸ry nie wie, co ma wybra膰 pi臋kn膮, m膮dr膮 kobiet臋 tu i teraz, czy widmo 偶ony, kt贸ra znikn臋艂a 10 lat wcze艣niej.

聽Ginie kobieta, 偶ona bogatego przedsi臋biorcy, poszlaki wskazuj膮 na m臋偶a. M膮偶 jest w szoku, okazuje si臋, 偶e wkr贸tce w podobnych okoliczno艣ciach ginie m艂oda dziewczyna, z kt贸r膮 艂膮czy艂a go bliska znajomo艣膰. Policja po przeprowadzeniu bada艅 i analiz oraz pobraniu materia艂u genetycznego od m臋偶a dochodzi do wniosku, i偶 mimo jego zapewnie艅, obie ofiary wsp贸艂偶y艂y kr贸tko przed 艣mierci膮 z podejrzanym. On jest w szoku, nie przyznaje si臋, ale mimo to zostaje aresztowany, co jest dla niego koszmarnym prze偶yciem. Wyobra藕 sobie: zamo偶ny m臋偶czyzna, szanowany w艂a艣ciciel firmy, uznany za jednego z najbogatszych w regionie, zostaje aresztowany, pozbawiony ubrania, godno艣ci, zabrane zostaj膮 mu nawet okulary. Jest sam z mo偶liwo艣ci膮 wykonania tylko jednego telefonu. Czy uda mu si臋 wyj艣膰 z opresji ?

Jednak policja zbieraj膮c dowody odkrywa pewne nie艣cis艂o艣ci, czy jest mo偶liwe i偶 dwie osoby maj膮 ten sam kod DNA ? Jak to mo偶liwe, ze ta sama osoba by艂a w tym samym czasie zarejestrowane przez dwie bardzo odleg艂e od siebie kamery. Detektyw prowadz膮cy 艣ledztwo zbli偶a si臋 do prawdy, ale okazuje si臋, 偶e system maj膮cy pomaga膰 adoptowanym dzieciom zachowa膰 anonimowo艣膰 nie pozwala na ujawnienie prawdy. Czy prawda ujrzy 艣wiat艂o dzienne? Je艣li chcesz si臋 dowiedzie膰 co si臋 naprawd臋 wydarzy艂o i czy mo偶e istnie膰 dwoje lub wi臋cej os贸b o r贸wnym kodzie DNA koniecznie przeczytaj t臋 ksi膮偶k臋.

No Comments

呕ycie Violetty Villas

Violetta VillasVioletta Villas by艂a jak malowany ptak, nie pasowa艂a do szarzyzny czas贸w PRL-u. W latach 60.- 80. sta艂a si臋 jedn膮 z muzycznych ikon, towarem eksportowym. Krytykowana w Polsce za styl i ekstrawagancje, za granic膮 przyjmowana by艂a entuzjastycznie zar贸wno przez publiczno艣膰, jak i krytyk臋. Zachwycano si臋 jej g艂osem. Pisano, 偶e jest bia艂ym krukiem wokalistyki. 艢piewa艂a w duetach z Barbar膮 Streisand, Paulem Ank膮, Frankiem Sinatr膮, Charlesem Aznavourem, gra艂a w filmach i musicalach. Wyst臋powa艂a w paryskiej Olimpii i nowojorskim Carneggie Hall, przez kilka sezon贸w by艂a gwiazd膮 rewii Casino de Paris w Las Vegas. 呕ycie wielkiej gwiazdy polskiej sceny, kt贸ra zrobi艂a wszystko, by o niej zapomniano opisano w formie reporta偶u w tym e-booku.

PROLOG

Scena jest pusta. Stara kobieta siedzi w fotelu. Po prawej stronie, w g艂臋bi, pianista patrzy na ka偶dy ruch jej warg. Ubrana w d艂ugie w艂osy, kapelusz, na bia艂o, jak komunijne dziecko, s艂yszy ju偶 tylko na prawe ucho.
鈥 Niech b臋dzie pochwalony Jezus Chrystus i niepokalane serce Marii, witam 鈥 m贸wi do mikrofonu, a publiczno艣膰 wstaje. I bije brawo. Czeka艂a na ni膮 dwie godziny. Mimo to stara kobieta nie wysz艂a uczesana, jak dawniej, w kaskad臋 lok贸w. W艂osy sp艂ywaj膮 po jej ramionach prosto i bez艂adnie.
鈥 Jakby mi co艣 nie wysz艂o, prosz臋 o wybaczenie, troszk臋 si臋 zazi臋bi艂am… R贸偶nie to bywa w takim wieku.
Brawa. U艣miechy.
鈥 Przywitam pa艅stwa piosenk膮… (waha si臋 鈥 pianista podszeptuje). A tak. Szcz臋艣cie. Wszystkich ca艂uj臋 w samo serce.
Stara kobieta powtarza refren bez ko艅ca, jak litani臋. Jej niegdy艣 wielki g艂os nie daje ju偶 rady wznie艣膰 si臋 wysoko. Z trudem te偶 opada w d贸艂. W Poca艂unku ognia wokalizy 艂api膮 fa艂sz. Kobieta sepleni. Nie ma po艂owy dolnych z臋b贸w.
鈥 Bardzo wszystkich serdecznie witam i chcia艂abym przeprosi膰 za moje sp贸藕nienie i za to, jak mi co艣 nie wyjdzie, bo si臋 zazi臋bi艂am troch臋… To prosz臋 mi przebaczy膰.
Owacje.
鈥 Kocham was, kocham, kocham!
Mamo, nie my艣l, 偶e si臋 skar偶臋, 偶al mi tylko marze艅, dzieci臋cych dni, moich dni.
Pianista idzie za star膮 kobiet膮 jak lokaj z tac膮 szampana: krok w krok, czujnie, na palcach. Bo ona zapomina s艂贸w. Nie czuje rytmu. Publiczno艣膰 p艂acze.
Brawo! Brawo!
鈥 To znaczy, 偶e troch臋 mnie lubicie. Ca艂uj臋 was w samo serce… Co wam za艣piewa膰? Oczy czornyje? Nie mam sukienki.
Plotkuj膮 przer贸偶nie, 偶e w g艂owie mam pr贸偶ni臋, z艂e gesty, 藕le m贸wi臋, no r贸偶nie.
Publiczno艣膰 艣piewa razem z ni膮.
W ko艅cu stara kobieta pr贸buje wsta膰. Podbiegaj膮 organizatorzy. Bior膮 j膮 pod r臋ce.
鈥 Staro艣膰 nie rado艣膰 鈥 pr贸buje 偶artowa膰.
O艂owianym krokiem wychodzi za kulisy.
鈥 Jestem zm臋czona. Nie b臋d臋 wi臋cej 艣piewa膰. Chc臋 do domu.
鈥 Ale chcieli艣my wr臋czy膰 pani Glori臋 Artis!
鈥 W takim razie wyjd臋 jeszcze raz.
Wraca.
鈥 Pani Violetta zmieni艂a zdanie. Nie b臋dzie si臋 przebiera膰.
Organizatorzy sadzaj膮 j膮 z powrotem w fotelu. Korow贸d nagr贸d.
Srebrny medal Gloria Artis dla zas艂u偶onych kulturze.
Potem statuetka od Stowarzyszenia Artyst贸w Wykonawc贸w. Za p贸艂 wieku na scenie:
鈥 To nie jest nagroda za sukcesy. Za wielkie zdobycze estradowe, za wszystkie glorie, kt贸re nas spotykaj膮 ze strony publiczno艣ci. To jest nagroda za lata pracy artystycznej, kt贸re wymagaj膮 wyrzecze艅 i po艣wi臋ce艅. I za to, 偶e wybra艂a pani tak膮 nie艂atw膮 drog臋 鈥 m贸wi, wr臋czaj膮c pos膮偶ek, Aleksander Nowacki, przedstawiciel zarz膮du.
鈥 Chcia艂am powiedzie膰, 偶e stowarzyszenie, w kt贸rego imieniu przyjechali艣my, liczy oko艂o p贸艂tora tysi膮ca wykonawc贸w. Najwi臋ksze nazwiska w Polsce, w tym r贸wnie偶 pani Violetty Villas, kt贸ra jest cz艂onkiem tego stowarzyszenia.
Ewa 艢nie偶anka jeszcze nie wie, 偶e Violetta jej nie poznaje.
Publiczno艣膰 wstaje z miejsc. Sto lat! Sto lat! Kamery zagl膮daj膮 artystce w twarz. Przepychaj膮 si臋 na scenie. Wcze艣niej, po piorunochronie, wchodzi艂y w okna garderoby. Wydrze膰 resztki jej legendy.
Organizatorka (w przesadnie wieczorowej sukni):
鈥 A teraz niespodzianka od kieleckiego biznesmena!
Na scen臋 wje偶d偶a wielki tort. W tle melodia Strangers in the night. M臋偶czyzna wr臋cza Violetcie d艂ugi n贸偶.
鈥 Prosz臋 kroi膰.
Pr贸buje. Wci膮偶 siedz膮c w fotelu. K艂adzie n贸偶 na szczycie tortu.
鈥 Ale ja nie dam rady, prosz臋 pana.
Nie szkodzi. M臋偶czyzna bierze jej d艂o艅, ubran膮 w bia艂膮 r臋kawiczk臋, i prowadzi n贸偶. Po chwili podchodzi niedu偶a dziewczynka. Wr臋cza dyplom honorowego 艣piewaka od Muzeum Polskiej Piosenki w Opolu. Violetta patrzy na ni膮 przezroczy艣cie. Musi jeszcze za艣piewa膰 fina艂.
Ever since that night we’ve been together,
Lovers at first sight, in love forever
It turned out so right
For strangers in the night…
鈥 Niech was B贸g b艂ogos艂awi. I wasze domy, i wasze drogi, i wszystkie wasze sprawy.
Organizatorka:
鈥 Prosz臋 pa艅stwa, fina艂 zosta艂 przyspieszony na pro艣b臋 naszej wielkiej artystki… A teraz prosz臋 o przekazywanie upomink贸w na scen臋 dla pani Violetty Villas do dw贸ch rycerzyk贸w. Oni b臋d膮 je odbiera膰.
Nikt nie podchodzi do artystki bli偶ej ni偶 na schody prowadz膮ce na scen臋. Ochrona przyjmuje prezenty.
鈥 Na koniec pani Violetta w podzi臋kowaniu obsypie swoj膮 publiczno艣膰 srebrem. Takim, jakie dosta艂a od pa艅stwa.
Na scen臋 leci konfetti. Du偶e kawa艂ki srebrnych pask贸w. Sztuczne, cho膰 efektowne. Villas podnosi g艂ow臋. Patrzy w milczeniu. Publiczno艣膰 stoi. Klaszcze. Jak clownowi z piosenki Edith Piaf.
Za to serce z艂amane
Brawo! Brawo!
Za szk艂a w twarzy od艂amek
Brawo! Brawo!
Za 艣mier膰, co wci膮偶 przy tobie

Przy tobie by艂a tu偶
W za ciasnej garderobie
Przy 偶y艂ach ostry n贸偶
Za narkotyk i odwyk
Brawo! Brawo!

czytaj dalej darmowy ebook

No Comments

Najwi臋kszy l臋k … Harlana Cobena

Najwi臋kszy L臋k ebookJeden z najlepszych thriller贸w roku! Porywaj膮ca ksi膮偶ka. Poch艂onie ci臋 ju偶 od pierwszej strony i nie od艂o偶ysz jej do strony ostatniej, do szokuj膮cego zako艅czenia.
Tess Gerritsen

Bez 艣ladu to przy tym bajeczka dla grzecznych dzieci. Ksi膮偶ka na jedno posiedzenie: nie wstaniesz, dop贸ki nie przeczytasz ostatniej strony.

Michael Connelly

 

Prolog

Rano, w dniu, kiedy straci艂em c贸rk臋, poprosi艂a mnie, 偶ebym zrobi艂 dla niej jajecznic臋.
- Z boczkiem? – krzykn膮艂em, spogl膮daj膮c w stron臋 schod贸w na pi臋tro, gdzie wci膮偶 szykowa艂a si臋 do wyj艣cia.
- Nie! – odkrzykn臋艂a z 艂azienki.
- Z grzank膮?
- Nie. – Us艂ysza艂em cichy klekot. Prostownica do w艂os贸w. Zwykle oznacza艂o to, 偶e koniec porannych ablucji jest bliski.
- Z 偶贸艂tym serem?
- Nie – odpar艂a. I po chwili doda艂a: – Mo偶e z odrobink膮?
Poszed艂em do kuchni, otworzy艂em lod贸wk臋, wyj膮艂em jajka, kawa艂ek cheddara i sok pomara艅czowy. W艂o偶y艂em filtr do ekspresu, wsypa艂em kaw臋, wla艂em cztery szklanki wody i nacisn膮艂em guzik.
Susanne, moja eks, matka Syd, kt贸ra przeprowadzi艂a si臋 ostatnio do domu swego nowego absztyfikanta Boba na drugim brzegu rzeki w Stratfordzie, powiedzia艂aby pewnie, 偶e j膮 rozpuszczam, 偶e c贸rka ma ju偶 siedemna艣cie lat i mo偶e zrobi膰 sobie 艣niadanie sama. Ale to, 偶e przyjecha艂a do mnie na ca艂e lato, sprawi艂o mi tak wielk膮 rado艣膰, 偶e ch臋tnie j膮 rozpieszcza艂em. Poprzedniego roku znalaz艂em dla niej prac臋 w moim salonie, tu, w Milford, po tej stronie rzeki. I chocia偶 by艂y takie chwile, kiedy mieli艣my ochot臋 wzajemnie si臋 pozabij a膰, mieszkanie pod jednym dachem by艂o w sumie fajnym do艣wiadczeniem. W tym roku jednak Sydney postanowi艂a poszuka膰 czego艣 innego. Wystarczy艂o, 偶e ze mn膮 mieszka艂a. Tego, 偶e mia艂em j膮 na oku tak偶e w pracy, nie mog艂a ju偶 najwyra藕niej znie艣膰.
- Zauwa偶y艂e艣 – spyta艂a mnie w poprzednie wakacje – 偶e m贸wisz mi co艣 z艂ego o ka偶dym facecie, z kt贸rym zamieni臋 wi臋cej ni偶 dwa s艂owa?
- Strze偶onego Pan B贸g strze偶e.
- A Dwayne z serwisu? Jego szmata by艂a za bardzo uwalana olejem?
- To oznaka z艂ego charakteru.
- A Andy?
- Nie 偶artuj. Dwadzie艣cia kilka lat? O wiele za stary.
Wi臋c w tym roku znalaz艂a inn膮 prac臋, ale te偶 tutaj, w Milford, tak jak poprzednio, 偶eby mog艂a mieszka膰 ze mn膮 od czerwca a偶 do 艢wi臋ta Pracy, czyli do pierwszego poniedzia艂ku wrze艣nia. Za艂apa艂a si臋 do Just Inn Time, hotelu, w kt贸rym zatrzymywali si臋 zwykle biznesmeni w podr贸偶y s艂u偶bowej. Milford to 艂adne miasto, ale niekoniecznie turystyczna mekka. W swoim poprzednim 偶yciu hotel nazywa艂 si臋 Days Inn, a mo偶e Comfort Inn, lecz konglomerat czy sp贸艂ka, do kt贸rej nale偶a艂, wycofa艂a si臋 i sprzeda艂a go niezale偶nemu w艂a艣cicielowi.
Nie zdziwi艂em si臋, kiedy Sydney powiedzia艂a, 偶e posadzili j膮 w recepcji.
- Jeste艣 bystra, czaruj膮ca, uprzejma…
- I jako jedna z nielicznych pracownik贸w m贸wi臋 po angielsku – odparowa艂a, pokazuj膮c dumnemu ojcu, gdzie jego miejsce.
Rozmowa o nowej pracy by艂a jak wyrywanie z臋b贸w.
- Praca jak praca – powtarza艂a.
Pojecha艂a tam pierwszy raz i trzy dni p贸藕niej s艂ysza艂em, jak rozmawiaj膮c ze swoj膮 przyjaci贸艂k膮 Patty Swain, m贸wi, 偶e rzuci to w choler臋, chocia偶 nie藕le zarabia, bo nie p艂aci podatku dochodowego.
- Bez podatku? – spyta艂em, kiedy od艂o偶y艂a s艂uchawk臋. – To fucha na czarno?
- Zawsze mnie pods艂uchujesz?
No to si臋 wycofa艂em. Niech sama rozwi膮zuje swoje problemy.
Zaczeka艂em, a偶 wyjdzie z 艂azienki i na wysmarowan膮 mas艂em patelni臋 wrzuci艂em dwa rozbe艂tane jajka z odrobin膮 startego cheddara. Pomy艣la艂em, 偶e zrobi臋 dla niej co艣, czego nie robi艂em, odk膮d przesta艂a by膰 ma艂膮 dziewczynk膮. Z szuflady na sztu膰ce wyj膮艂em mi臋kki o艂贸wek i na po艂贸wce skorupki jajka, kt贸re chwil臋 przedtem rozbi艂em, narysowa艂em ma艂膮 bu藕k臋. Tak膮 u艣miechni臋t膮, szczerbat膮, z p贸艂okr臋giem zamiast nosa i dwojgiem z艂owrogich oczu. Od ust na drug膮 stron臋 skorupki poprowadzi艂em lini臋, na kt贸rej ko艅cu napisa艂em: 鈥濽艣miechnij si臋, do cholery鈥.
Wesz艂a do kuchni, pow艂贸cz膮c nogami jak skazaniec, ze spuszczon膮 g艂ow膮, bezw艂adnie zwisaj膮cymi r臋kami i opad艂a na krzes艂o. Na czubku g艂owy mia艂a wielkie okulary przeciws艂oneczne, kt贸rych nigdy przedtem u niej nie widzia艂em.
Jajka 艣ci臋艂y si臋 w kilka sekund. Prze艂o偶y艂em je na talerz, talerz podetkn膮艂em jej pod nos.
- S艂u偶臋 Waszej Wysoko艣ci – powiedzia艂em, przekrzykuj膮c jazgot ma艂ego telewizora pod szafk膮.
Sydney powoli podnios艂a g艂ow臋 i najpierw popatrzy艂a na jajecznic臋, ale sekund臋 p贸藕niej zobaczy艂a, 偶e gapi si臋 na ni膮 m贸j ma艂y Humpty-Dumpty.
- Ojejku! – Odsun臋艂a solniczk臋, 偶eby przeczyta膰 napis po drugiej stronie skorupki. – Sam si臋 u艣miechni – mrukn臋艂a, ale w jej g艂osie zabrzmia艂a nutka st艂umionej weso艂o艣ci.
- Nowe okulary? – spyta艂em.
Z roztargnieniem, jakby zapomnia艂a, 偶e je ma, dotkn臋艂a r臋k膮 zausznika i lekko je poprawi艂a.
- Tak.
Zauwa偶y艂em s艂owo 鈥濾ersace鈥 wypisane malutkimi literami na oprawkach.
- Bardzo 艂adne.
Syd ze znu偶eniem kiwn臋艂a g艂ow膮.
- P贸藕no wr贸ci艂a艣?
- Nie tak p贸藕no.
- P贸艂noc to p贸藕no.

Wiedzia艂a, 偶e nie ma sensu k艂ama膰. Nigdy nie k艂ad艂em si臋 spa膰, dop贸ki nie us艂ysza艂em, 偶e wr贸ci艂a, zamkn臋艂a drzwi i trzasn臋艂a zasuw膮. Pewnie by艂a z Patty Swain, kt贸ra te偶 mia艂a siedemna艣cie lat, ale wysy艂a艂a ju偶 wyra藕ne sygna艂y, 偶e bij e Syd do艣wiadczeniem w sprawach, kt贸re nie pozwalaj膮 ojcom zasn膮膰. By艂bym naiwny, my艣l膮c, 偶e Patty nie s艂ysza艂a jeszcze o alkoholu, seksie i narkotykach.
Ale Syd te偶 nie by艂a anio艂em. Raz przy艂apa艂em j膮 na paleniu trawki, a kiedy艣 – mia艂a chyba pi臋tna艣cie lat – pojecha艂a do sklepu Abercrombiego i Fitcha w Stamfordzie, wr贸ci艂a z nowym podkoszulkiem i nie potrafi艂a wyja艣ni膰 matce, dlaczego nie ma rachunku. By艂a wielka awantura.
Mo偶e w艂a艣nie dlatego przyczepi艂em si臋 tak do tych okular贸w.
- Ile ci臋 kosztowa艂y? – spyta艂em.
- Nie tak du偶o – odpar艂a.
- Jak tam Patty? – Nie interesowa艂o mnie, jak si臋 czuje, chcia艂em tylko potwierdzi膰 moje przypuszczenia, 偶e Syd z ni膮 by艂a. Przyja藕ni艂y si臋 ledwie od roku, ale sp臋dza艂y razem tyle czasu, jakby zna艂y si臋 od przedszkola. Lubi艂em j膮 – by艂a od艣wie偶aj膮co bezpo艣rednia – ale czasem wola艂em, 偶eby Syd si臋 z ni膮 nie zadawa艂a. Albo zadawa艂a si臋 troch臋 mniej.
- Spoko.
Matt Lauer ostrzega艂 w telewizji przed radioaktywnymi blatami kuchennymi. Nowy dzie艅, nowe zmartwienie.
Syd spr贸bowa艂a jajecznicy.
- Mmm… – Zerkn臋艂a na ekran. – Bob.
Poszed艂em za jej wzrokiem. Lecia艂a reklama lokalnej stacji telewizyjnej. Wysoki, 艂ysiej膮cy facet o szerokim u艣miechu i idealnych z臋bach sta艂 z szeroko roz艂o偶onymi r臋kami na tle morza samochod贸w. Wygl膮da艂 jak Moj偶esz przed rozst臋puj膮cymi si臋 falami.
- Biegnij! Do mojego komisu si臋 biegnie! Nie masz samochodu na wymian臋? Nie musisz. Nie masz zadatku? Nie szkodzi. Nie masz prawa jazdy? Zgoda, to pewien problem. Ale je艣li szukasz samochodu i chcesz zrobi膰 dobry interes, wpadnij do jednego z moich trzech…
Wy艂膮czy艂em g艂os.
- To idiota. – Oto s艂owa mojej c贸rki o m臋偶czy藕nie, z kt贸rym mieszka艂a jej matka, a moja by艂a 偶ona. – Ale w tych reklamach wygl膮da jak idiota do kwadratu. Co dzisiaj jemy? – 艢niadanie bez rozmowy na temat wieczornych plan贸w kulinarnych nie by艂o pe艂nym 艣niadaniem. – Mo偶e C.N.T.?
Co艣 na telefon, znajomy kod.
Zanim zd膮偶y艂em odpowiedzie膰, spyta艂a:
- Mo偶e pizz臋?
- Spr贸buj臋 co艣 upichci膰 – odpar艂em.
Syd nawet nie pr贸bowa艂a ukry膰 rozczarowania.
Poprzedniego roku, kiedy pracowali艣my razem w tym samym salonie i kiedy co rano j膮 tam zawozi艂em, postanowili艣my z Susanne kupi膰 jej samoch贸d, 偶eby mog艂a je藕dzi膰 po Milford i Stratfordzie. Z艂apa艂em okazj臋, siedmioletni膮 hond臋 civic z niskim przebiegiem, i wzi膮艂em j膮 za par臋 tysi臋cy, zanim trafi艂a na plac. Mia艂a troch臋 rdzy pod zderzakami, ale poza tym by艂a zdatna do jazdy.
- Bez spojlera? – za偶artowa艂a Syd na jej widok.
- Zamknij si臋. – Da艂em jej kluczyki.
Od tamtej pory tylko raz podrzuci艂em j膮 do pracy. W hondzie trzeba by艂o wymieni膰 przerdzewia艂膮 rur臋 wydechow膮. Wi臋c wsiad艂a do mojego samochodu i drog膮 nr 1 – kt贸r膮 wci膮偶 nazywa艂em Boston Post Road – pojechali艣my w kierunku majacz膮cego na horyzoncie hotelu, bezkszta艂tnego, szarego gmaszyd艂a przypominaj膮cego blok mieszkalny w kt贸rym艣 z satelickich pa艅stw radzieckich.
Chcia艂em podwie藕膰 j膮 pod same drzwi, ale wysiad艂a na chodniku, niedaleko przystanku autobusowego.
- B臋d臋 czeka艂a tu wieczorem – powiedzia艂a.
Kiedy sko艅czy艂a si臋 reklama, znowu w艂膮czy艂em d藕wi臋k. Al Roker sta艂 przed Rockefeller Center w t艂umie ludzi, z kt贸rych wi臋kszo艣膰 macha艂a tablicami z 偶yczeniami urodzinowymi dla swoich krewnych.
Patrzy艂em, jak c贸rka je 艣niadanie. Bycie ojcem – przynajmniej dla mnie – polega cz臋艣ciowo na tym, 偶e jest si臋 bezustannie dumnym ze swego dziecka. Syd wyrasta艂a na pi臋kn膮 kobiet臋. D艂ugie do ramion blond w艂osy, 艂ab臋dzia szyja, porcelanowa sk贸ra, wyraziste rysy twarzy. Przodkowie jej matki pochodzili z Norwegii, co t艂umaczy艂o jej skandynawsk膮 urod臋.
Jakby wyczuwaj膮c, 偶e j膮 obserwuj臋, spyta艂a:
- My艣lisz, 偶e mog艂abym zosta膰 modelk膮?
- Modelk膮? – A偶 drgn膮艂em.
- Nie b膮d藕 taki przera偶ony.
- Nie jestem. Po prostu nigdy o tym nie wspomina艂a艣.
- Bo o tym nie my艣la艂am. To pomys艂 Boba.
Zrobi艂o mi si臋 gor膮co. Bob zach臋ca艂 j膮, 偶eby zosta艂a modelk膮? Niedawno przekroczy艂 czterdziestk臋, tak jak ja. Mia艂 ju偶 moj膮 偶on臋, cz臋艣ciej, ni偶bym chcia艂, w jego domu – pi臋膰 pokoj贸w, basen plus gara偶 na trzy samochody – mieszka艂a moja c贸rka, a teraz zachcia艂o mu si臋 modelki? Jakiej, kurwa, modelki? Takiej do rozbieranych fotek? Do internetowego porno na zam贸wienie? Mo偶e jeszcze sam chcia艂 robi膰 jej zdj臋cia?
- Boba? – powt贸rzy艂em.
- M贸wi, 偶e mam to we krwi. Ze powinnam wyst臋powa膰 w jego reklamach.
Nie wiedzia艂em, co jest bardziej poni偶aj膮ce, rozbierana sesja w 鈥濸enthousie鈥 czy wciskanie klientom u偶ywanych samochod贸w Boba.
- Co? Uwa偶asz, 偶e nie?
- Bob troch臋 si臋 zapomina – odpar艂em.
- Nie jest zboczkiem ani nic takiego. Idiot膮 tak, ale nie zbocze艅cem. Mama i Evan te偶 tak uwa偶aj膮.
- Evan?
Teraz zagotowa艂o si臋 we mnie na pot臋g臋. Evan by艂 dziewi臋tnastoletnim synem Boba. Przez wi臋kszo艣膰 czasu mieszka艂 z matk膮, jedn膮 z dw贸ch by艂ych 偶on swego ojca, ale poniewa偶 matka wyjecha艂a na trzy miesi膮ce do Europy, od jakiego艣 czasu spa艂 drzwi w drzwi z Syd, kt贸ra – nawiasem m贸wi膮c – polubi艂a sw贸j nowy pok贸j do tego stopnia, 偶e nie omieszka艂a mi wytkn膮膰, 偶e jej obecna sypialnia jest dwa razy wi臋ksza od tej w moim domu.
Mieli艣my wi臋kszy dom. Kiedy艣.
My艣l, 偶e moja c贸rka mieszka pod jednym dachem z napalonym nastolatkiem, wkurza艂a mnie od samego pocz膮tku. Zdziwi艂o mnie, 偶e Susanne na to posz艂a, ale wyprowadzaj膮c si臋 z w艂asnego domu i wprowadzaj膮c do cudzego, tracisz przewag臋. Bo niby co mia艂a zrobi膰? Kaza膰 swemu kochasiowi wyrzuci膰 na bruk rodzonego syna?
- Evan – odpar艂a Sydney. – Tylko tak powiedzia艂, to wszystko.
- On w og贸le nie powinien tam mieszka膰.
- Jezu, tato, naprawd臋 musimy o tym gada膰? Znowu?
- Dziewi臋tnastoletni ch艂opak m贸g艂by mieszka膰 z tob膮 tylko wtedy, gdyby by艂 twoim prawdziwym bratem.
Syd lekko si臋 zaczerwieni艂a, a mo偶e tylko mi si臋 zdawa艂o.
- A mama co, nie protestuje? Bob i jego syn chc膮 zrobi膰 z ciebie drug膮 Cindy Crawford, a ona nic?
- Cindy kto?
- Crawford. By艂a… Niewa偶ne. Mamie si臋 to podoba?
- Przynajmniej nie dostaje sza艂u – odpar艂a Sydney, 艂ypi膮c na mnie spode 艂ba. – Poza tym, odk膮d to si臋 sta艂o, Evan bardzo jej pomaga.
鈥濼o鈥. Parasailing, loty ze spadochronem na uwi臋zi. Susanne mia艂a wypadek na Long Island. Za szybko wyl膮dowa艂a, co艣 p臋k艂o jej w biodrze i skr臋ci艂a nog臋 w kolanie. Bob, kt贸ry siedzia艂 za kierownic膮 motor贸wki, wl贸k艂 j膮 ze sto metr贸w, zanim si臋 zorientowa艂, 偶e co艣 jest nie tak. G艂upi kutas. Kiedy byli艣my razem, Susanne nie musia艂a ba膰 si臋 takich wypadk贸w. Nie mia艂em motor贸wki.
- Nie odpowiedzia艂a艣 na pytanie. Ile zap艂aci艂a艣 za okulary?
Syd westchn臋艂a.
- Nie tak du偶o. – Patrzy艂a na zaklejone koperty przy telefonie. – Powiniene艣 zajrze膰 do rachunk贸w. Le偶膮 tam od trzech dni.
- O rachunki si臋 nie martw. Jeszcze sobie radz臋.
- Mama m贸wi, 偶e nie chodzi o pieni膮dze, tylko o to, 偶e jeste艣 niezorganizowany i zawsze sp贸藕niasz si臋 z…
- Okulary. Sk膮d je masz?
- Chryste, co ci臋 napad艂o? To zwyk艂e okulary.
- Pytam z ciekawo艣ci. Kupi艂a艣 je w centrum handlowym?
- Tak, w centrum. Z pi臋膰dziesi臋cioprocentowym rabatem.
- Masz rachunek? Mog膮 si臋 zepsu膰.
Przeszy艂a mnie wzrokiem.
- Dlaczego po prostu nie ka偶esz mi go pokaza膰?
- Po co?
- Bo my艣lisz, 偶e je ukrad艂am.
- Tego nie powiedzia艂em.
- Tato, to by艂o dwa lata temu. Nie wierz臋 ci. – Odepchn臋艂a talerz z niedojedzon膮 jajecznic膮.
- Schodzisz na d贸艂 w okularach od Versace i my艣lisz, 偶e o nic ci臋 nie spytam?
Sydney wsta艂a i pomaszerowa艂a na g贸r臋.
- Niech to szlag – mrukn膮艂em.
艁adnie to rozegra艂em, nie ma co.

Sprzedawa艂em samochody od dwudziestego roku 偶ycia i by艂em w tym dobry, ale Susanne uwa偶a艂a, 偶e sta膰 mnie na wi臋cej. Powiniene艣 pracowa膰 na swoim, powtarza艂a. Powiniene艣 by膰 panem samego siebie. Powiniene艣 za艂o偶y膰 w艂asn膮 firm臋. Mogliby艣my odmieni膰 swoje 偶ycie. Pos艂a膰 Syd do najlepszej szko艂y. Zapewni膰 sobie lepsz膮 przysz艂o艣膰.
M贸j tato umar艂, kiedy mia艂em dziewi臋tna艣cie lat, zostawiaj膮c mamie sporo pieni臋dzy. Kilka lat p贸藕niej, kiedy mama zmar艂a na atak serca, wykorzysta艂em spadek, by udowodni膰 Susanne, 偶e mog臋 by膰 tym, kogo sobie wymarzy艂a. Otworzy艂em w艂asny salon.
I wszystko spieprzy艂em.
Nigdy nie by艂em wielkim biznesmenem. Sprzedawanie woz贸w, indywidualne rozmowy w cztery oczy – w tym czu艂em si臋 najlepiej. I kiedy zwali艂a mi si臋 na g艂ow臋 ca艂a firma, cz臋sto wymyka艂em si臋 z biura do salonu, 偶eby pogada膰 z klientami. Nie nadawa艂em si臋 na szefa, wi臋c pozwoli艂em, 偶eby decyzje podejmowali za mnie inni. Decyzje, jak si臋 okaza艂o, bardzo z艂e. Dopu艣ci艂em nawet do tego, 偶e mnie okradano.
W ko艅cu wszystko straci艂em.
Nie tylko firm臋, nie tylko nasz du偶y dom z widokiem na zatok臋. Straci艂em rodzin臋.
Susanne zarzuca艂a mi, 偶e nie trzyma艂em r臋ki na pulsie. Ja, 偶e wpu艣ci艂a mnie w co艣, co mi zupe艂nie nie le偶a艂o.
Natomiast Syd obwinia艂a sam膮 siebie. Dosz艂a do wniosku, 偶e gdyby艣my naprawd臋 j膮 kochali, zostaliby艣my razem bez wzgl臋du na wszystko. Nasze rozstanie nie mia艂o z tym absolutnie nic wsp贸lnego, ale ona nie chcia艂a w to uwierzy膰.
W Bobie Susanne znalaz艂a to, czego brakowa艂o jej we mnie. Bob zawsze si臋ga艂 wy偶ej. Bob doszed艂 do wniosku, 偶e skoro umie sprzedawa膰 samochody, to dlaczego nie mia艂by otworzy膰 w艂asnego komisu, a skoro uda艂o mu si臋 otworzy膰 jeden, to dlaczego nie dwa albo trzy?
Kiedy chodzi艂em z Susanne, nie kupi艂em jej corvetty, tak jak on. Mia艂em przynajmniej troch臋 satysfakcji, kiedy nied艂ugo potem w nowiutkiej corvetce p臋k艂 t艂ok i sko艅czy艂o si臋 na tym, 偶e musieli j膮 sprzeda膰, bo Susanne nie lubi艂a samochod贸w z r臋czn膮 skrzyni膮 bieg贸w.
Tego dnia, rad nierad, wyszed艂em z pracy ko艂o sz贸stej. Rad nierad, bo kiedy jeste艣 na prowizji, niech臋tnie wychodzisz przed zamkni臋ciem salonu. Wiesz, 偶e ledwie wsi膮dziesz do samochodu i odjedziesz, przyjdzie klient i z ksi膮偶eczk膮 czekow膮 w r臋ku spyta akurat o ciebie. Ale c贸偶, nie mo偶na tam mieszka膰. Czasem trzeba wr贸ci膰 do domu.
Zamierza艂em zrobi膰 spaghetti, ale pomy艣la艂em, a co tam, i zam贸wi艂em pizz臋, jak chcia艂a Sydney. Mia艂o to by膰 co艣 w rodzaju ga艂膮zki oliwnej po scenie z okularami.
Min臋艂a si贸dma, a ona nie pojawi艂a si臋 ani nie zadzwoni艂a, by uprzedzi膰, 偶e si臋 sp贸藕ni.
Mo偶e kto艣 zachorowa艂, my艣la艂em, i kazali jej zosta膰 na nast臋pn膮 zmian臋. Kiedy wiedzia艂a, 偶e nie zd膮偶y na kolas臋, zazwyczaj dzwoni艂a. Ale po naszej porannej rozmowie nie zdziwi艂bym si臋, gdyby darowa艂a sobie uprzejmo艣ci i grzeczno艣ci.
Mimo to o 贸smej zacz膮艂em si臋 martwi膰.
Sta艂em w kuchni, ogl膮daj膮c CNN, najnowsze doniesienia z jakiego艣 trz臋sienia ziemi w Azji, ale nie mog艂em si臋 skupi膰, bo przez ca艂y czas my艣la艂em, gdzie si臋, do diab艂a, podzia艂a.
Czasem spotyka艂a si臋 po pracy z Patty i jakimi艣 kole偶ankami i jecha艂y do centrum co艣 zje艣膰.
Zadzwoni艂em na jej kom贸rk臋. Jeden sygna艂, drugi, trzeci – w艂膮czy艂a si臋 poczta g艂osowa.
- Zadzwo艅 do mnie, skarbie – powiedzia艂em. – Pomy艣la艂em, 偶e zjemy jednak pizz臋. Powiedz tylko z czym.
Odczeka艂em dziesi臋膰 minut i postanowi艂em przekr臋ci膰 do hotelu. Szuka艂em w艂a艣nie numeru, kiedy zaterkota艂 telefon. Podnios艂em s艂uchawk臋, nie zerkn膮wszy nawet na wy艣wietlacz.
- Cze艣膰 – rzuci艂em. – To jak? Piszesz si臋 na t臋 pizz臋 czy nie?
- Tak, ale bez anchois.
To nie by艂a Syd. To by艂a Susanne.
- A, to ty. Cze艣膰.
- Znowu ci臋 nosi?
Wzi膮艂em g艂臋boki oddech.
- Nie rozumiem, dlaczego nie nosi ciebie. Nie wkurza ci臋, 偶e Bob i Evan chc膮 wystawi膰 j膮 na pokaz? Zrobi膰 z niej modelk臋?
- To nie tak, Tim – odpar艂a Susanne. – Oni byli po prostu mili.
- Kiedy si臋 tam przeprowadza艂y艣cie, wiedzia艂a艣, 偶e Bob chce 艣ci膮gn膮膰 do siebie syna? I co? I nic? To wed艂ug ciebie okej?
- Oni s膮 jak brat i siostra…
- Przesta艅. Pami臋tam, jak mia艂em dziewi臋tna艣cie lat i… – W s艂uchawce cicho zapipcza艂o. – Przepraszam, kto艣 dzwoni. Pogadamy p贸藕niej, dobrze?
- Dobrze. – Od艂o偶y艂a s艂uchawk臋.
Prze艂膮czy艂em si臋 na drug膮 lini臋.
- Halo?
- Pan Blake? – Jaka艣 kobieta.
- Tak?
- Pan Timothy Blake?
- Tak?
- Dzwoni臋 z firmy 艢wiat Okien i Drzwi. W tym tygodniu b臋dziemy w pa艅skiej okolicy i…
Od艂o偶y艂em s艂uchawk臋. Znalaz艂em numer hotelu i zadzwoni艂em. Po dwudziestu sygna艂ach zrezygnowa艂em.
Wzi膮艂em kurtk臋 i kluczyki, przejecha艂em przez miasto, zaparkowa艂em pod zadaszeniem nad g艂贸wnym wej艣ciem i wszed艂em do 艣rodka pierwszy raz, odk膮d Syd zacz臋艂a tam pracowa膰. Zanim otworzy艂y si臋 drzwi, powiod艂em wzrokiem po parkingu. Kilka razy tamt臋dy przeje偶d偶a艂em i widzia艂em jej hond臋, ale teraz jej tam nie by艂o. Mo偶e zaparkowa艂a za hotelem.
Wszed艂em do holu. Mia艂em nadziej臋, 偶e za lad膮 w recepcji zobacz臋 Syd, ale siedzia艂 tam jaki艣 m臋偶czyzna. M艂ody szatyn, pod trzydziestk臋, z twarz膮 zryt膮 艣ladami po tr膮dziku sprzed dziesi臋ciu lat.
- Mog臋 w czym艣 pom贸c? – spyta艂; na piersi mia艂 identyfikator z nazwiskiem 鈥濷wen鈥.
- Tak, szukam Syd.
- Mo偶na prosi膰 o nazwisko?
- Sydney. Sydney Blake. To moja c贸rka.
- Wie pan, w kt贸rym mieszka pokoju?
- Nie, nie. – Pokr臋ci艂em g艂ow膮. – Ona tu pracuje. Tu, w recepcji. Mia艂a wr贸ci膰 do domu na kolacj臋, wi臋c pomy艣la艂em, 偶e wpadn臋 i spytam, co si臋 sta艂o. Mo偶e zosta艂a na drug膮 zmian臋 czy co艣.
- Rozumiem.
- Sydney Blake – powt贸rzy艂em. – Musi pan j膮 zna膰.
Owen pokr臋ci艂 g艂ow膮.
- Chyba nie.
- Jest pan tu nowy?
- Nie – odpar艂. – No, mo偶e – doda艂 z u艣miechem. – Pracuj臋 tu od p贸艂 roku, wi臋c chyba jestem nowy.
- Sydney Blake – powt贸rzy艂em po raz trzeci. – Pracuje tu od dw贸ch tygodni. Siedemna艣cie lat, blondynka.
Owen znowu pokr臋ci艂 g艂ow膮.
- Mo偶e w tym tygodniu pracuje gdzie indziej? – zasugerowa艂em. – Macie tu jaki艣 grafik czy co艣, 偶eby to sprawdzi膰? A mo偶e zostawi臋 dla niej wiadomo艣膰?
- Mo偶e pan zaczeka膰? – odpar艂 Owen. – Poprosz臋 kierownika zmiany.
Wyszed艂 drzwiami za lad膮 i chwil臋 p贸藕niej wr贸ci艂 ze szczup艂ym, ciemnow艂osym m臋偶czyzn膮 po czterdziestce. 鈥濩arter鈥 – takie nazwisko mia艂 na identyfikatorze – m贸wi艂 z akcentem, kt贸rego nie mog艂em umiejscowi膰, chyba z po艂udniowym, ale nie wiedzia艂em, z jakiego stanu.
- S艂ucham. Jaki艣 problem?
- Tak, szukam c贸rki – odpar艂em. – Pracuje tutaj.
- Jak si臋 nazywa?
- Sydney Blake. Syd.
- Sydney Blake? Nic mi to nie m贸wi, zupe艂nie.
Potrz膮sn膮艂em g艂ow膮.
- Pracuje tu dopiero od paru tygodni, chcia艂a dorobi膰 w wakacje.
Carter westchn膮艂.
- Przykro mi.
Moje serce drgn臋艂o i przyspieszy艂o.
- Niech pan sprawdzi list臋 pracownik贸w – za偶膮da艂em.
- Nie musz臋 – odpar艂. – Wiem, kto u nas pracuje i nie ma tu nikogo o tym nazwisku.
- Chwileczk臋. – Wyj膮艂em portfel, si臋gn膮艂em palcami pod karty kredytowe i wyci膮gn膮艂em stamt膮d zdj臋cie Sydney. Poda艂em je przez lad臋 Carterowi.
- Sprzed trzech lat, ale to ona.
Obejrzeli je, on i Owen. Owen, pewnie pod wra偶eniem jej urody, lekko uni贸s艂 brwi. Carter odda艂 mi zdj臋cie.
- Naprawd臋 bardzo mi przykro, panie…
- Blake. Tim Blake.
- Mo偶e pa艅ska c贸rka pracuje u Howarda Johnsona? To kawa艂ek dalej, w tamt膮 stron臋. – Ruchem g艂owy wskaza艂 w prawo.
- Nie – odpar艂em. – M贸wi艂a, 偶e tutaj. – My艣la艂em o stu rzeczach naraz. – Macie tu kierownika dziennej zmiany?

- Tak, to Weronika.
- Niech pan do niej zadzwoni. Zadzwo艅cie do niej.
Carter niech臋tnie przysun膮艂 bli偶ej telefon, wybra艂 numer, przeprosi艂, 偶e przeszkadza i poda艂 mi s艂uchawk臋.
Weronika jaka艣 tam. Wyja艣ni艂em jej sytuacj臋.
- Mo偶e pomyli艂a nazw臋 hotelu? – spyta艂a, powtarzaj膮c za Carterem.
- Nie – odpar艂em stanowczo.
Poprosi艂a mnie o numer i obieca艂a zadzwoni膰, gdyby si臋 czego艣 dowiedzia艂a. By艂o po rozmowie.
W drodze do domu dwa razy przejecha艂em przez skrzy偶owanie na czerwonym 艣wietle i omal nie wpad艂em na jakiego艣 faceta w yarisce. Przez ca艂y czas 艣ciska艂em w r臋ku kom贸rk臋, wydzwaniaj膮c do Syd, do domu i znowu do Syd.
Nie by艂o jej, kiedy wreszcie dojecha艂em.
Nie wr贸ci艂a na noc.
Ani tego dnia, ani nast臋pnego.
Ani dwa dni p贸藕niej.

dalej . . .

No Comments

Steve Jobs – biografia

Steve Jobs biografiaTw贸rcy firmy apple 鈥 Steve’a Jobsa (jedyna napisana przy jego wsp贸艂pracy) pi贸ra Waltera Isaacsona, autora bestsellerowych biografii Benjamina Franklina i Alberta Einsteina.
Opieraj膮c si臋 na ponad czterdziestu rozmowach z Jobsem, przeprowadzonych w ci膮gu dw贸ch lat, a tak偶e na wywiadach z ponad setk膮 os贸b: cz艂onkami rodziny, przyjaci贸艂mi, przeciwnikami, konkurentami i kolegami Jobsa, Walter Isaacson spisa艂 wci膮gaj膮c膮 opowie艣膰 o pe艂nym wzlot贸w i upadk贸w 偶yciu oraz p艂omiennej osobowo艣ci tw贸rczego przedsi臋biorcy, kt贸rego wykraczaj膮ca poza wszelkie schematy pasja i perfekcjonizm zrewolucjonizowa艂y sze艣膰 bran偶: komputery osobiste, filmy animowane, muzyk臋, telefony, tablety i publikacje cyfrowe.

W czasach, kiedy spo艂ecze艅stwa ca艂ego 艣wiata d膮偶膮 do zbudowania gospodarek ery cyfrowej, Jobs pozostaje najbardziej wyrazist膮 ikon膮 wynalazczo艣ci i wyobra藕ni kszta艂tuj膮cej rzeczywisto艣膰. Wychodz膮c z prze艣wiadczenia, 偶e najlepszym sposobem stworzenia warto艣ci w XXI wieku jest zintegrowanie kreatywno艣ci z technologi膮, za艂o偶y艂 firm臋, w kt贸rej nieskr臋powane niczym wizjonerstwo po艂膮czy艂o si臋 z zadziwiaj膮cymi osi膮gni臋ciami nowoczesnej techniki.

Cho膰 Jobs wsp贸艂pracowa艂 przy powstawaniu tej ksi膮偶ki, nie domaga艂 si臋 ani kontroli nad tym, co zostanie w niej uj臋te, ani nawet prawa do przeczytania jej przed wydaniem. Niczego nie zataja艂, wr臋cz przeciwnie: zach臋ca艂 ludzi, kt贸rych zna艂, do szczerych wypowiedzi.

O osobach, z kt贸rymi pracowa艂 i rywalizowa艂, wypowiada艂 si臋 bez ogr贸dek, czasem nawet brutalnie. A r贸wnie szczere relacje przyjaci贸艂, wrog贸w i koleg贸w Jobsa sprawiaj膮, 偶e jego pasje, pragnienia, perfekcjonizm, artyzm, przewrotno艣膰 i obsesyjna potrzeba kontroli 鈥 s艂owem: wszystko to, co ukszta艂towa艂o jego podej艣cie do biznesu oraz doprowadzi艂o do powstania innowacyjnych produkt贸w 鈥 poznajemy bez upi臋ksze艅 i koloryzowania.

Gnany przez wewn臋trzne demony, Jobs potrafi艂 doprowadza膰 swoje otoczenie do furii i rozpaczy. Ale jego 偶ywio艂owa osobowo艣膰 i tworzone przez niego produkty by艂y 艣ci艣le zespolone 鈥 podobnie jak warstwa sprz臋towa i oprogramowanie urz膮dze艅 Apple 鈥 funkcjonuj膮c jak jeden zintegrowany organizm. Przemawiaj膮ca do wyobra藕ni historia Jobsa ukazuje, jak wa偶ne s膮 w 偶yciu pomys艂owo艣膰, si艂a charakteru, talenty przyw贸dcze i wierno艣膰 warto艣ciom.
Walter Isaacson, dyrektor generalny Aspen Institute, by艂y szef CNN i redaktor naczelny magazynu 鈥濼ime鈥. Autor ksi膮偶ek Einstein. Jego 偶ycie, jego wszech艣wiat; Benjamin Franklin: An American Life; Kissinger: A Biography oraz The Wise Men: Six Friends and the World They Made (wsp贸lnie z Evanem Tomasem). Mieszka wraz z 偶on膮 w Waszyngtonie.

Jak dosz艂o do powstania tej ksi膮偶ki

Wczesnym latem 2004 roku zadzwoni艂 do mnie Steve Jobs. W ci膮gu minionych lat mia艂 do mnie stosunek niedbale przyjazny, a nasza znajomo艣膰 od czasu do czasu zyskiwa艂a na intensywno艣ci, zw艂aszcza wtedy, gdy Steve wprowadza艂 na rynek jaki艣 nowy produkt i chcia艂, by trafi艂 on na ok艂adk臋 鈥濼ime’a鈥 albo zosta艂 przedstawiony w CNN 鈥 w obu tych miejscach zdarzy艂o mi si臋 bowiem pracowa膰. Jednak od czasu, kiedy stamt膮d odszed艂em, nie odzywa艂 si臋 do mnie zbyt cz臋sto. Porozmawiali艣my troch臋 o Aspen Institute, do kt贸rego ostatnio do艂膮czy艂em, po czym poprosi艂em go, by wyg艂osi艂 przem贸wienie na naszym letnim obozie w Colorado. Odpar艂, 偶e z przyjemno艣ci膮 przyjedzie, ale nie wyst膮pi na scenie. Zamiast tego chcia艂 wybra膰 si臋 ze mn膮 na spacer, aby艣my mogli spokojnie porozmawia膰.

Wyda艂o mi si臋 to dosy膰 osobliwe. Wtedy jeszcze nie wiedzia艂em, 偶e zwyk艂 odbywa膰 powa偶ne rozmowy w艂a艣nie podczas d艂ugich spacer贸w. Okaza艂o si臋, 偶e chce, abym napisa艂 jego biografi臋. Nied艂ugo przedtem opublikowa艂em biografi臋 Benjamina Franklina i by艂em w trakcie pisania kolejnej, po艣wi臋conej Albertowi Einsteinowi 鈥 w pierwszej chwili zacz膮艂em si臋 wi臋c p贸艂偶artem zastanawia膰, czy widzia艂 siebie jako naturalne nast臋pne ogniwo tej serii. Poniewa偶 zak艂ada艂em, 偶e znajduje si臋 w samym 艣rodku swojej pe艂nej waha艅 kariery i ma przed sob膮 jeszcze wiele wzlot贸w i upadk贸w, odm贸wi艂em.

鈥濶ie teraz 鈥 powiedzia艂em. 鈥 Mo偶e za dziesi臋膰 lub dwadzie艣cia lat, kiedy b臋dziesz ju偶 na emeryturze鈥.

Zna艂em go od 1984 roku, kiedy to przyszed艂 do biurowca Time-Life Building na Manhattanie, by na lunchu z redaktorami wychwala膰 pod niebiosa swojego nowego Macintosha. Nawet w贸wczas by艂 dra偶liwy i skrytykowa艂 korespondenta 鈥濼ime’a鈥 za artyku艂, kt贸rym poczu艂 si臋 ura偶ony, bo ujawniono w nim zbyt wiele informacji. Jednak podczas naszej p贸藕niejszej rozmowy uj膮艂 mnie, podobnie jak tylu innych ludzi w ci膮gu tych wielu lat jego kariery, urokiem swojej 偶ywio艂owo艣ci. Pozostali艣my w kontakcie nawet po tym, jak usuni臋to go z Apple. Kiedy tylko mia艂 co艣, co chcia艂 sprzeda膰, czy by艂 to komputer NeXT, czy te偶 film ze studia Pixar, w jednej chwili skupia艂 si臋 na mojej osobie i zabiera艂 mnie do restauracji sushi na dolnym Manhattanie, aby oznajmi膰, 偶e to, co w艂a艣nie zachwala, jest najlepsz膮 rzecz膮, jak膮 zdarzy艂o mu si臋 stworzy膰. Lubi艂em go.

Kiedy powr贸ci艂 na tron Apple, umie艣cili艣my go na ok艂adce 鈥濼ime’a鈥. Wkr贸tce potem zacz膮艂 podrzuca膰 mi swoje pomys艂y dotycz膮ce publikowanej przez nas serii artyku艂贸w o najbardziej wp艂ywowych postaciach stulecia. Rozpocz膮艂 te偶 w艂asn膮 kampani臋 pod has艂em 鈥濼hink Different鈥 [My艣l inaczej], w kt贸rej wykorzystywa艂 najlepiej rozpoznawalne zdj臋cia niekt贸rych spo艣r贸d uwzgl臋dnionych przez nas postaci. Pr贸by oceny ich wp艂ywu na histori臋 wydawa艂y mu si臋 pasjonuj膮ce. Po tym, jak odrzuci艂em propozycj臋 napisania biografii Jobsa, od czasu do czasu dociera艂y do mnie wie艣ci od niego. Pewnego razu wys艂a艂em mu e-maila z pytaniem, czy prawd膮 jest to, o czym opowiedzia艂a mi moja c贸rka: 偶e logo Apple stanowi艂o ho艂d dla Alana Turinga, brytyjskiego pioniera komputeryzacji, znanego ze z艂amania niemieckich szyfr贸w w czasie wojny, kt贸ry pope艂ni艂 samob贸jstwo, ugryz艂szy nas膮czone cyjankiem jab艂ko. Odpowiedzia艂, 偶e nie, cho膰 bardzo chcia艂by w艂a艣nie to mie膰 na my艣li. W ten spos贸b zacz臋艂a si臋 mi臋dzy nami dyskusja o pocz膮tkach firmy Apple, ja za艣 z艂apa艂em si臋 na tym, 偶e zbieram materia艂y w razie, gdybym kiedy艣 zdecydowa艂 si臋 napisa膰 na ten temat ksi膮偶k臋. Gdy ukaza艂a si臋 moja biografia Einsteina, Jobs przyszed艂 na spotkanie autorskie w Palo Alto1 i wzi膮艂 mnie na stron臋, by ponownie zasugerowa膰, 偶e jego 偶yciorys stanowi艂by dobry temat. Zaskoczy艂 mnie jego up贸r. By艂 znany z tego, 偶e strzeg艂 swojej prywatno艣ci; poza tym nie mia艂em podstaw, by s膮dzi膰, 偶e kiedykolwiek przeczyta艂 kt贸r膮艣 z moich ksi膮偶ek. 鈥濵o偶e kiedy艣鈥 鈥 odpowiada艂em konsekwentnie. Jednak w 2009 roku jego 偶ona Laurene Powell powiedzia艂a wprost: 鈥濲e艣li zamierzasz kiedykolwiek zabra膰 si臋 do napisania ksi膮偶ki o Stevie, lepiej zr贸b to teraz鈥. By艂o to tu偶 po tym, jak uda艂 si臋 na drugi urlop zdrowotny. Przyzna艂em si臋 jej, 偶e gdy po raz pierwszy podda艂 mi pomys艂 ksi膮偶ki, nie wiedzia艂em o jego chorobie. Odpar艂a, 偶e niemal nikt o niej nie wiedzia艂. 鈥瀂adzwoni艂 do mnie tu偶 przed pierwsz膮 operacj膮 nowotworu, ale nawet wtedy zaledwie mi o tym wspomnia艂鈥 鈥 wyja艣ni艂a.

Zdecydowa艂em wi臋c, 偶e napisz臋 t臋 ksi膮偶k臋. Jobs zaskoczy艂 mnie, przystaj膮c ch臋tnie na to, 偶e nie b臋dzie jej kontrolowa艂, ani nawet nie zastrzeg艂 sobie prawa do wcze艣niejszego wgl膮du w jej tre艣膰. 鈥濼o twoja ksi膮偶ka 鈥 powiedzia艂. 鈥 Ja nawet jej nieprzeczytam鈥. Wydawa艂o si臋 jednak, 偶e p贸藕n膮 jesieni膮 nasz艂y go w膮tpliwo艣ci co do naszej wsp贸艂pracy; pojawi艂y si臋 te偶 u niego, o czym w贸wczas nie wiedzia艂em, nowotworowe powik艂ania. Przesta艂 odpowiada膰 na moje telefony, a ja na pewien czas od艂o偶y艂em ten projekt.

A potem niespodziewanie p贸藕nym popo艂udniem w sylwestra 2009 roku zadzwoni艂 do mnie. By艂 w domu tylko ze swoj膮 siostr膮, pisark膮 Mon膮 Simpson. Jego 偶ona wraz z tr贸jk膮 dzieci urz膮dzi艂a kr贸tki wypad na narty, ale stan jego zdrowia nie pozwala艂 na towarzyszenie im. By艂 w refleksyjnym nastroju i przegadali艣my ponad godzin臋. Zacz膮艂 od wspomnienia, jak w wieku dwunastu lat, chc膮c skonstruowa膰 miernik cz臋stotliwo艣ci, odnalaz艂 w ksi膮偶ce telefonicznej Billa Hewletta, za艂o偶yciela firmy HP i zadzwoni艂 do niego, by zdoby膰 potrzebne cz臋艣ci. Jobs stwierdzi艂, 偶e ostatnie dwana艣cie lat jego 偶ycia, od powrotu do Apple, by艂o najp艂odniejszym okresem pod wzgl臋dem tworzenia nowych produkt贸w. Lecz, jak sam przyzna艂, dla niego wa偶niejszym celem by艂o dokonanie tego, co uda艂o si臋 Hewlettowi oraz jego koledze Davidowi Packardowi 鈥 stworzenie firmy, kt贸ra by艂a do tego stopnia przepojona nowatorsk膮 kreatywno艣ci膮, 偶e zdo艂a艂a prze偶y膰 za艂o偶ycieli. 鈥濲ako dzieciak zawsze uwa偶a艂em si臋 za humanist臋, ale lubi艂em te偶 elektronik臋 鈥 powiedzia艂. 鈥 Potem przeczyta艂em to, co jeden z moich bohater贸w, Edwin Land z Polaroida, powiedzia艂 na temat znaczenia ludzi dzia艂aj膮cych na styku humanistyki i nauk 艣cis艂ych, i uzna艂em, 偶e to w艂a艣nie chc臋 zrobi膰鈥.

By艂o to zupe艂nie tak, jakby podsuwa艂 mi tematy do biografii (i przynajmniej w tym przypadku temat okaza艂 si臋 wa偶ny). Kreatywno艣膰, kt贸ra mo偶e si臋 objawi膰, gdy zdolno艣ci humanistyczne oraz zdolno艣ci w zakresie nauk 艣cis艂ych splot膮 si臋 w jednej, obdarzonej silnym charakterem osobie, stanowi艂a przedmiot mojego najwi臋kszego zainteresowania w biografiach Franklina oraz Einsteina; jestem te偶 przekonany, 偶e b臋dzie ona stanowi膰 klucz do tworzenia innowacyjnych gospodarek XXI wieku.

Zapyta艂em Jobsa, dlaczego chcia艂, 偶ebym to akurat ja napisa艂 jego biografi臋. 鈥濻膮dz臋, 偶e jeste艣 dobry w nak艂anianiu ludzi do m贸wienia鈥 鈥 odpar艂. By艂a to zaskakuj膮ca odpowied藕. Zdawa艂em sobie spraw臋, 偶e b臋d臋 musia艂 odby膰 rozmowy z ca艂ym mn贸stwem ludzi, kt贸rych Jobs zwolni艂, zniewa偶y艂, porzuci艂 lub w inny jeszcze spos贸b rozw艣cieczy艂, i obawia艂em si臋, i偶 nie b臋dzie czu艂 si臋 dobrze z tym, 偶e nak艂aniam ich do m贸wienia. I rzeczywi艣cie, okaza艂o si臋, 偶e reagowa艂 w humorzasty spos贸b, kiedy kolejno dociera艂y do niego opinie tych, z kt贸rymi przeprowadza艂em wywiady. Jednak po kilku miesi膮cach sam zacz膮艂 zach臋ca膰 ludzi, by ze mn膮 porozmawiali 鈥 dotyczy艂o to nawet jego wrog贸w i by艂ych dziewczyn. Nie pr贸bowa艂 te偶 uczyni膰 niczego tematem tabu. 鈥瀂 wielu rzeczy w moim 偶yciu nie jestem dumny, wliczaj膮c w to zrobienie mojej dziewczynie dziecka, gdy mia艂em dwadzie艣cia trzy lata, i spos贸b, w jaki za艂atwi艂em t臋 spraw臋 鈥 powiedzia艂. 鈥 Ale nie ma w mojej szafie 偶adnych trup贸w, kt贸rych nie wolno by艂oby z niej wyci膮ga膰鈥.

Odby艂em z nim oko艂o czterdziestu rozm贸w. Niekt贸re z nich mia艂y charakter formalny i przeprowadzone zosta艂y w jego salonie w Palo Alto, inne odby艂y si臋 podczas d艂ugich spacer贸w, jazdy samochodem, albo te偶 telefonicznie. W czasie osiemnastu miesi臋cy, kiedy odwiedza艂em Jobsa, stawa艂 si臋 on wobec mnie coraz bardziej otwarty, cho膰 chwilami by艂em te偶 艣wiadkiem tego, co jego starzy koledzy z Apple okre艣lali mianem pola zniekszta艂cania rzeczywisto艣ci. Czasem by艂o to po prostu przypadkowe odci臋cie zap艂onu w kom贸rkach pami臋ciowych, co艣, co przydarza si臋 ka偶demu z nas; czasem za艣 Jobs roztacza艂 zar贸wno przede mn膮, jak i przed samym sob膮 swoj膮 w艂asn膮 wersj臋 rzeczywisto艣ci. Aby sprawdzi膰 i uzupe艂ni膰 jego histori臋, przeprowadzi艂em rozmowy z ponad setk膮 jego przyjaci贸艂, krewnych, konkurent贸w, adwersarzy i koleg贸w.

Jego 偶ona Laurene, kt贸ra pomaga艂a przy ca艂ym tym przedsi臋wzi臋ciu, r贸wnie偶 nie prosi艂a o 偶adne ograniczenia lub prawo do kontroli, ani te偶 nie domaga艂a si臋 wcze艣niejszego wgl膮du w to, co zamierza艂em opublikowa膰. W艂a艣ciwie to usilnie zach臋ca艂a mnie, bym by艂 szczery zar贸wno w odniesieniu do wad, jak i zalet jej m臋偶a. To jedna z najbardziej bystrych i twardo st膮paj膮cych po ziemi os贸b, jakie kiedykolwiek pozna艂em. 鈥濸rawda jest taka, 偶e w jego 偶yciorysie i w jego osobowo艣ci s膮 miejsca, w kt贸rych panuje straszny ba艂agan 鈥 powiedzia艂a mi na samym pocz膮tku. 鈥 Nie powiniene艣 ich wybiela膰. On jest dobry w zmy艣laniu, ale ma te偶 za sob膮 niezwyk艂膮 histori臋 i chcia艂abym, 偶eby to wszystko zosta艂o opowiedziane zgodnie z prawd膮鈥.

Ocen臋 tego, czy moja misja si臋 powiod艂a, pozostawiam czytelnikowi. Jestem przekonany, 偶e w艣r贸d bohater贸w tej opowie艣ci znajd膮 si臋 tacy, kt贸rzy niekt贸re z wydarze艅 zapami臋tali inaczej lub kt贸rzy uznaj膮, 偶e zdarzy艂o mi si臋 czasem wpa艣膰 w pu艂apk臋 roztaczanego przez Jobsa pola zniekszta艂cania. Podobnie jak zdarza艂o mi si臋 to podczas pisania ksi膮偶ki na temat Henry’ego Kissingera, co pod pewnymi wzgl臋dami stanowi艂o dobre przygotowanie do tego projektu. Zauwa偶y艂em, 偶e osoba Jobsa wzbudza w艣r贸d ludzi tak silne pozytywne lub negatywne emocje, i偶 cz臋sto widoczny staje si臋 efekt Rash艒mona. Zrobi艂em jednak co w mojej mocy, by zachowa膰 r贸wnowag臋 w przypadku sprzecznych relacji oraz przejrzysto艣膰, je艣li chodzi o 藕r贸d艂a, z kt贸rych korzysta艂em.

Ksi膮偶ka ta opowiada o pe艂nym wzlot贸w i upadk贸w 偶yciu oraz 偶ywio艂owej osobowo艣ci tw贸rczego przedsi臋biorcy, kt贸rego zami艂owanie do perfekcji i nieokie艂znany zapa艂 zrewolucjonizowa艂y sze艣膰 r贸偶nych dziedzin: komputery osobiste, animacj臋, tworzenie muzyki, telefony, komputery przeno艣ne oraz system publikacji elektronicznych. Mo偶na by nawet doda膰 jeszcze si贸dm膮 鈥 system sprzeda偶y detalicznej, jakkolwiek Jobs raczej zmieni艂 nasze o nim wyobra偶enie, ni偶 go zrewolucjonizowa艂. Do tego utorowa艂 drog臋 dla nowego rynku cyfrowych tre艣ci, opartego w wi臋kszym stopniu na aplikacjach, ni偶 stronach internetowych. Przy okazji tworzenia prze艂omowych produkt贸w Jobs zdo艂a艂, wprawdzie za drugim podej艣ciem, ale jednak zbudowa膰 solidn膮, obdarzon膮 jego w艂asnym kodem genetycznym firm臋, pe艂n膮 tw贸rczych projektant贸w i 艣mia艂ych in偶ynier贸w, zdolnych nie艣膰 dalej jego wizj臋.

Jest to tak偶e ksi膮偶ka po艣wi臋cona innowacjom. W czasach gdy Stany Zjednoczone poszukuj膮 sposobu na podtrzymanie swojej przewagi w tej dziedzinie, a spo艂ecze艅stwa na ca艂ym 艣wiecie pr贸buj膮 budowa膰 niekonwencjonaln膮 gospodark臋 ery cyfrowej, Jobs sta艂 si臋 ikon膮 pomys艂owo艣ci, wyobra藕ni i ci膮g艂ego nowatorstwa. Zda艂 sobie spraw臋, 偶e w XXI wieku najlepszym sposobem na wytworzenie warto艣ci dodanej jest powi膮zanie kreatywno艣ci z technologi膮 鈥 stworzy艂 wi臋c firm臋, w kt贸rej wysi艂ek wyobra藕ni po艂膮czony zosta艂 z wyj膮tkowymi dokonaniami z zakresu in偶ynierii. Jobs oraz jego koledzy z Apple potrafili 鈥瀖y艣le膰 inaczej鈥, a nie tylko ogranicza膰 si臋 do skromnego ulepszania swoich produkt贸w na podstawie wynik贸w bada艅 grup fokusowych, wprowadzali nowe urz膮dzenia i us艂ugi, o kt贸rych sami klienci nie wiedzieli jeszcze, 偶e b臋d膮 im potrzebne.

Jobs nie by艂 wzorem szefa ani cz艂owieka, nie by艂 gotowym przyk艂adem do na艣ladowania. Sam prze艣ladowany przez swoje demony, potrafi艂 doprowadza膰 do furii b膮d藕 rozpaczy ludzi, kt贸rzy go otaczali. Jednak jego osobowo艣膰, jego nami臋tno艣ci oraz jego dzie艂a by艂y, tak jak w przypadku oprogramowania oraz komputer贸w Apple, wzajemnie ze sob膮 zwi膮zane 鈥 zupe艂nie jakby stanowi艂y cz臋艣ci zintegrowanego systemu. Historia Jobsa jest wi臋c pouczaj膮ca, a przy tym zawiera przestrog臋; nie brak te偶 w niej lekcji nowatorstwa, charakteru, przyw贸dztwa oraz warto艣ci.

Kr贸l Henryk V Szekspira (b臋d膮cy opowie艣ci膮 o upartym i niedojrza艂ym Ksi臋ciu Hal, kt贸ry staje si臋 gwa艂townym, cho膰 wra偶liwym; bezlitosnym, cho膰 sentymentalnym; porywaj膮cym, cho膰 pe艂nym wad kr贸lem) rozpoczyna si臋 wezwaniem: 鈥濧ch, muzo p艂omienna, ze艣lij nam rajski dar wynalazczo艣ci鈥2. Ksi膮偶臋 Hal mia艂 艂atwiejsze zadanie 鈥 musia艂 upora膰 si臋 z dziedzictwem jednego tylko ojca. W przypadku Steve’a Jobsa wiod膮ca pod g贸r臋 droga ku rajskiemu darowi wynalazczo艣ci zaczyna si臋 od opowie艣ci o dw贸ch parach rodzic贸w oraz dorastaniu w dolinie, kt贸ra w艂a艣nie uczy艂a si臋, jak przemienia膰 krzem w z艂oto.

No Comments

Czarna bezgwiezdna noc – Stephen King

Czrana bezgwiezdna noc ebookCzarna bezgwiezdna noc to zbi贸r 4 opowiada艅 mistrza grozy Stephena Kinga, kt贸re ujawniaj膮 jedn膮 wsp贸ln膮 tajemnic臋 鈥 ciemn膮 stron臋 ka偶dego z nas.

obszerny fragment:

DO WSZYSTKICH ZAINTERESOWANYCH
Nazywam si臋 Wilfred Leland James, a to jest moja spowied藕. W czerwcu 1922 roku zamordowa艂em 偶on臋, Arlette Christin臋 Winters James, i 偶eby ukry膰 cia艂o, wrzuci艂em je do starej studni. W tej zbrodni pomaga艂 mi syn, Henry Freeman James, cho膰 jako czternastolatek nie ponosi 偶adnej odpowiedzialno艣ci. Wci膮gn膮艂em go w to, przez ponad dwa miesi膮ce manipuluj膮c jego strachem i rozwiewaj膮c zwyk艂e w takich okoliczno艣ciach w膮tpliwo艣ci. Tego w艂a艣nie gorzko 偶a艂uj臋, bardziej ni偶 pope艂nionej zbrodni, z powod贸w, kt贸re przedstawi臋 w niniejszym pi艣mie. Motywem, kt贸ry doprowadzi艂 mnie do morderstwa i skaza艂 na pot臋pienie, by艂o sto akr贸w dobrej ziemi w Hemingford Home w Nebrasce. Te艣膰, John Henry Winters, zapisa艂 j膮 mojej 偶onie. Chcia艂em doda膰 t臋 dzia艂k臋 do naszej farmy, kt贸ra w 1922 roku liczy艂a osiemdziesi膮t akr贸w. 呕ona, kt贸ra nigdy nie przyzwyczai艂a si臋 do 偶ycia na wsi (nie wspominaj膮c o roli 偶ony farmera), zamierza艂a sprzeda膰 j膮 za got贸wk臋 Przedsi臋biorstwu Przetw贸rstwa Mi臋snego Farringtona. Kiedy zapyta艂em, czy naprawd臋 chcia艂aby 偶y膰 z pieni臋dzy tej firmy, prowadz膮cej ub贸j wieprzy, odpowiedzia艂a, 偶e r贸wnie dobrze jak jej ojcowizn臋 mogliby艣my te偶 sprzeda膰 farm臋 鈥 ziemi臋, kt贸r膮 odziedziczy艂em po ojcu, a on po swoim ojcu! A gdy spyta艂em, co niby mieliby艣my zrobi膰 z pieni臋dzmi, za to bez ziemi, powiedzia艂a, 偶e mogliby艣my przeprowadzi膰 si臋 do Omaha albo nawet do Saint Louis i otworzy膰 sklep.
鈥 Nigdy nie zamieszkam w Omaha 鈥 odpowiedzia艂em. 鈥 Miasta s膮 dla g艂upc贸w.
Bior膮c pod uwag臋, gdzie teraz mieszkam, zakrawa to na ironi臋, ale nie b臋d臋 tu zbyt d艂ugo. Wiem o tym i znam r贸wnie偶 przyczyn臋 d藕wi臋k贸w, kt贸re s艂ysz臋 w 艣cianach. I wiem te偶, gdzie trafi臋, gdy m贸j ziemski 偶ywot dobiegnie ko艅ca. Zastanawiam si臋, czy w piekle mo偶e by膰 gorzej ni偶 w mie艣cie Omaha. A mo偶e piek艂o to w艂a艣nie jest Omaha, tyle 偶e bez otoczenia 艂adnych wsi, za to po艣r贸d zadymionej, cuchn膮cej siark膮 pustki pe艂nej dusz takich jak moja.
O te sto akr贸w k艂贸cili艣my si臋 zawzi臋cie przez zim臋 i wiosn臋 1922 roku. Henry znalaz艂 si臋 mi臋dzy m艂otem a kowad艂em, cho膰 sk艂ania艂 si臋 raczej w moj膮 stron臋. Po matce mia艂 艂adn膮 buzi臋, ale mi艂o艣膰 do ziemi przej膮艂 ode mnie. By艂 pos艂usznym ch艂opcem, bez 艣ladu arogancji typowej dla jego matki. Raz po raz powtarza艂 jej, 偶e nie ma ochoty na 偶ycie w Omaha ani 偶adnym innym mie艣cie i przeprowadzi si臋 tam jedynie wtedy, gdy ona i ja dojdziemy do porozumienia, co nigdy nie nast膮pi艂o.
Bra艂em pod uwag臋 wymiar sprawiedliwo艣ci, bo by艂em pewny, 偶e w tym przypadku ka偶dy s膮d w naszym kraju podtrzyma moje prawo, jako m臋偶a, do decydowania o u偶ytkowaniu i przeznaczeniu ziemi. Co艣 mnie jednak przed tym powstrzymywa艂o. Nie ba艂em si臋, 偶e s膮siedzi zaczn膮 gada膰, wsiowe plotki nie s膮 mi straszne. Chodzi艂o o co艣 innego. Zacz膮艂em jej nienawidzi膰, ot co. 呕yczy艂em jej 艣mierci i to mnie powstrzymywa艂o.
Wierz臋, 偶e w ka偶dym siedzi jakby inny cz艂owiek, obcy, taki Przechera. I wierz臋, 偶e kiedy zacz膮艂 si臋 marzec 1922 roku, gdy niebo nad hrabstwem Hemingford sta艂o si臋 bia艂e, a ka偶de pole by艂o za艣nie偶onym b艂ockiem, Przechera w farmerze Wilfredzie Jamesie wyda艂 wyrok na moj膮 偶on臋 i przes膮dzi艂 o jej losie. I s艂usznie si臋 jej to nale偶a艂o. Biblia m贸wi, 偶e niewdzi臋czne dziecko jest jak w膮偶 wyhodowany na w艂asnej piersi, ale k艂贸tliwa i niewdzi臋czna 偶ona to co艣 jeszcze gorszego.
Nie jestem potworem, chcia艂em ocali膰 j膮 przed Przecher膮. Powiedzia艂em jej, 偶e je艣li si臋 nie pogodzimy, powinna wyjecha膰 do matki, do Lincoln, le偶膮cego oko艂o stu kilometr贸w na zach贸d 鈥 wystarczaj膮co daleko jak na separacj臋, kt贸ra nie jest jeszcze rozwodem, cho膰 wskazuje na rozpad ma艂偶e艅stwa.
鈥 I jak si臋 domy艣lam, mia艂abym zostawi膰 ci ojcowizn臋? 鈥 zapyta艂a i odrzuci艂a do ty艂u g艂ow臋. Jak偶e nienawidzi艂em tego bezczelnego odrzucania g艂owy, przywodz膮cego na my艣l 藕le wytresowanego kuca, oraz cichego prychni臋cia, kt贸re zawsze temu gestowi towarzyszy艂o. 鈥 Mo偶esz o tym zapomnie膰, Wilf.
Zaproponowa艂em, 偶e je艣li si臋 uprze, odkupi臋 od niej t臋 ziemi臋. Sp艂ata potrwa艂aby zapewne jakie艣 osiem, mo偶e dziesi臋膰 lat, ale dosta艂aby ca艂膮 sum臋, co do centa.
鈥 Ma艂y doch贸d jest gorszy od braku dochodu 鈥 odrzek艂a (po raz kolejny prychaj膮c i odrzucaj膮c do ty艂u g艂ow臋). 鈥 Ka偶da kobieta o tym wie. Przedsi臋biorstwo Farringtona zap艂aci wszystko od razu, poza tym ich oferta jest znacznie hojniejsza od twojej. Zreszt膮 nie mam zamiaru mieszka膰 w Lincoln. To nie miasto, jedynie wie艣, gdzie jest wi臋cej ko艣cio艂贸w ni偶 dom贸w.
Rozumiecie moj膮 sytuacj臋? Widzicie, w jakim po艂o偶eniu si臋 przez ni膮 znalaz艂em? Czy nie nale偶y mi si臋 cho膰 troch臋 wsp贸艂czucia z waszej strony? Nie? No to pos艂uchajcie tego.
Na pocz膮tku kwietnia owego roku 鈥 z tego, co wiem, min臋艂o od tamtej pory osiem lat 鈥 przysz艂a do mnie ca艂a wyfiokowana. Wi臋ksz膮 cz臋艣膰 dnia sp臋dzi艂a w 鈥瀞alonie pi臋kno艣ci鈥 w McCook. W艂osy wisia艂y jej wok贸艂 policzk贸w w grubych lokach, kt贸re skojarzy艂y mi si臋 z rolkami papieru toaletowego na sznurku, widywanymi w hotelach i zajazdach. Powiedzia艂a, 偶e wpad艂a na pewien pomys艂. Jej zdaniem powinni艣my sprzeda膰 te sto akr贸w i farm臋 przedsi臋biorstwu Farringtona. Uwa偶a艂a, 偶e kupi膮 i moj膮 ziemi臋, 偶eby tylko dosta膰 akry jej ojca znajduj膮ce si臋 w pobli偶u linii kolejowej (i prawdopodobnie mia艂a racj臋).
鈥 Potem 鈥 doda艂a ta bezwstydna j臋dza 鈥 podzielimy pieni膮dze, rozwiedziemy si臋 i ka偶de z nas zacznie nowe 偶ycie, ale osobno. Oboje wiemy, 偶e tego chcesz. 鈥 Tak jakby ona tego nie chcia艂a.
鈥 Och 鈥 odpowiedzia艂em (udaj膮c, 偶e naprawd臋 zastanawiam si臋 nad jej pomys艂em). 鈥 A kto we藕mie ch艂opca?
鈥 Oczywi艣cie, 偶e ja 鈥 odpowiedzia艂a, szeroko otwieraj膮c oczy. 鈥 Czternastoletni ch艂opiec potrzebuje matki.
W艂a艣nie tamtego dnia zacz膮艂em pracowa膰 nad Henrym, m贸wi膮c mu o planach jego matki. Siedzieli艣my na 艣wie偶o skoszonym sianie. Przybra艂em najsmutniejszy wyraz twarzy i bardzo przygn臋bionym g艂osem roztoczy艂em przed nim obraz 偶ycia, jakie go czeka, je艣li matka zrealizuje sw贸j zamiar. M贸wi艂em, 偶e nie b臋dzie mia艂 ojca ani farmy, o tym, jak b臋dzie si臋 czu艂 w znacznie wi臋kszej szkole, o jego przyjacio艂ach (w wi臋kszo艣ci znanych mu od najwcze艣niejszego dzieci艅stwa), kt贸rych zostawi, o tym, jak w nowej szkole b臋dzie musia艂 wywalczy膰 sobie pozycj臋 w艣r贸d obcych, wy艣miewaj膮cych si臋 z niego i przezywaj膮cych go wsiowym kmiotkiem. Gdyby natomiast, powiedzia艂em, uda艂o si臋 nam nie tylko zachowa膰 gospodarstwo, ale te偶 jeszcze je powi臋kszy膰, na pewno daliby艣my rad臋 sp艂aci膰 kredyt w banku do 1925 roku, a potem 偶yliby艣my szcz臋艣liwie bez d艂ug贸w i wdychaliby艣my 艣wie偶e powietrze, zamiast patrze膰 na flaki 艣wi艅 sp艂ywaj膮ce od 艣witu do nocy strumieniem, kt贸ry teraz by艂 jeszcze czysty.
鈥 Co wolisz w takim razie? 鈥 zapyta艂em, opowiedziawszy mu to wszystko z najwi臋kszymi szczeg贸艂ami.
鈥 Chc臋 zosta膰 tu z tob膮, tato 鈥 odpar艂. 艁zy p艂yn臋艂y mu po policzkach. 鈥 Dlaczego ona musi by膰 tak膮… tak膮…
鈥 No, dalej 鈥 zach臋ci艂em go. 鈥 S艂owa prawdy nigdy nie s膮 przekle艅stwem, synu.
鈥 Tak膮 zdzir膮!
鈥 Bo taka jest wi臋kszo艣膰 kobiet 鈥 odrzek艂em. 鈥 To cz臋艣膰 ich natury, kt贸rej nie da si臋 wykorzeni膰. Pytanie brzmi jednak, co mamy zamiar z tym zrobi膰.
Ale tymczasem Przechera we mnie dawno ju偶 pomy艣la艂 o starej studni za obor膮, sk膮d czerpali艣my wod臋 dla inwentarza, p艂ytkiej i zamulonej 鈥 g艂臋bokiej jedynie na troch臋 ponad p贸艂 metra i tylko niewiele pojemniejszej od beczki na deszcz贸wk臋. Pozostawa艂 jednak problem, jak przybli偶y膰 mu to rozwi膮zanie. Bo musia艂em to zrobi膰, tego si臋 na pewno domy艣lacie … czytaj dalej

No Comments
Kursy j臋zykowe audio | Kredyt Bank | Kredyt na Start
developed by freelancer